Znacie tę scenę z filmu Imię róży, kiedy młody zakonnik, w nocnej ciszy skryptorium, z szeroko otwartymi oczami czyta zakazaną księgę? Zasada stara jak świat brzmi: to, co zakazane, najbardziej ciekawi.

Informacja: siostra Małgorzata Borkowska napisała książkę. W sumie nic nadzwyczajnego. Ułożyłem sobie odpowiednio tekst i wydrukowałem. Całość przeczytałem w godzinę, z wypiekami na twarzy.

Długo czekałem, by przeczytać taki tekst, jaki znalazłem w książce Oślica Balaama. Świeccy już mieli okazję skrytykować polskie duchowieństwo, od biskupów przez proboszczów, aż na klerykach kończąc. I były to zarzuty jak najbardziej zasadne, podparte konkretnymi argumentami. Ale siostra zakonna, i to jeszcze z zakonu kontemplacyjnego?! Nie mógł to być nikt inny, tylko siostra Małgorzata Borkowska OSB, która sama siebie określa jako siekierę.

O, jakże cudownie się czytało kolejne sytuacje i wydarzenia z życia wzięte, które pokazują swoiste ograniczenia dużej części polskich duchownych, naszych utalentowanych kaznodziejów. I nie przesadzam w określeniach, ponieważ nie jest to cukierkowe wytknięcie błędów i nadużyć kapłanów. To protest (takiego słowa używa siostra Małgorzata), który obnaża strój klauna pod szatami niejednego polskiego duchownego. Niebezpieczna ocena, bo prawdziwa. Pojawiły się nie tylko wypieki, ale włos stanął dęba, jak wielką ignorancją odznaczają się niektórzy kapłani. Jeszcze raz to powtórzę, nie są to oceny wyssane z palca, ale podparte autentycznymi przypadkami, które przytacza siostra Borkowska ze swojego ponad pięćdziesięcioletniego benedyktyńskiego życia.

115

Obraz duchownego pana oglądamy z pozycji nie tylko siostry zakonnej, ale teologa, filozofa i filologa. Tak, siostry bywają wykształcone! Autorytet osoby konsekrowanej z tak długim stażem życia w klasztorze benedyktyńskim, podparty wiedzą naukowca tworzy coś rewelacyjnego i oczyszczającego.

Muszę przyznać: trzeba mieć odwagę (żeby nie powiedzieć „jaja”), by konstruktywnie skrytykować własne środowisko. Nie ma zmiłuj, dostaje się każdemu, nawet benedyktynom. Całość potęguje fakt, że to wszystko pisze siostra zakonna, która powinna milczeć i pracować (według powszechnie przyjętego stereotypu). Przerażająca sytuacja, kiedy czytam o sytuacji, kiedy jeden z dostojnych księży określa żeńską wspólnotę jako tę, która prowadzi poniżający sposób życia.

Książka Oślica Balaama jest stanowczo za krótka, ale może właśnie w ten sposób protest siostry Małgorzaty Borkowskiej OSB przeczyta więcej osób. Nie mówię, że to zmieni ignorancję w stosunku do żeńskich zakonów i zgromadzeń, ale może pozwoli uchylić furtkę pewnej odwadze mówienia, jak jest, a nie celebrować postawę zgodnego przytakiwania i zgadzania się na wszystko w imię pokory i posłuszeństwa.

Na koniec kilka kwiatków z samej książki:

Jeszcze jeden żelazny temat obok aborcji i in vitro, na szczęście sezonowy, to komercjalizacja świąt Bożego Narodzenia. Otóż któregoś roku w grudniu pewien celebrans zachęcał nas (nas, bo nikogo innego w kaplicy nie było) do rachunku sumienia: czy przygotowujemy się do Świąt w sercu, czy w super-markecie. Nie mówiąc już o tym, że kilka z nas nigdy w życiu w super-markecie nie było, bo za naszej młodości takie rzeczy jeszcze nie istniały – zdumiewająca znajomość życia klauzurowych zakonnic…

Pamiętam starego proboszcza, wieloletniego gościa wakacyjnego, którego nazywałyśmy Formularz Mszalny, bo dzień w dzień, kiedy doszedł do ołtarza, informował nas, że dzisiaj obowiązuje formularz mszalny z takiego to a takiego święta… i do głowy mu nie przyszło, że myśmy ten formularz już musiały odnaleźć, skoro śpiewałyśmy introit. Prawie też nie ma księdza, który by nas nie informował na wstępie, jakie dziś mamy święto, chociaż przecież my już od paru godzin o tym wiemy i długie pacierze odprawiłyśmy o tym święcie.

Zdawałoby się czasem, że ambitni celebransi prześcigają się, kto znajdzie więcej szparek, w które można by wetknąć dodatkowe kazanie: w osobne długie pouczenie rozwijają każde wezwanie modlitwy wiernych, a poza tym i policzyć trudno, ile kazań potrafią włączyć w jedną liturgię: sześć, osiem? U nas rekord był: trzynaście. Tylko żadne z nich nie jest homilią, nawet to po Ewangelii, choć się homilią nazywa, bo żadne Ewangelii nie wyjaśnia…

Przy tej okazji nieraz wprowadza się nawet treści zupełnie obce. Znam księdza, któremu przyszło do głowy, żeby tuż przed prefacją zachęcać wiernych do uświadomienia sobie, za co też w swoim życiu chcą dzisiaj Panu Bogu podziękować. To taki akcent osobisty, prawda, wprowadzający nas od razu w modlitewne ciepełko… A mnie się wtedy zawsze przypomina ten ksiądz francuski, co to ku wielkiemu zdumieniu polskiego dziennikarza wplótł w kanon dziękczynienie za swój nowy samochód. Różnica jest już tylko w skali.