Ostatnie dni upływają mi pod znakiem Filokalii i radości związanej z wydaniem wyboru z I tomu, ale przy okazji tych wszystkich wydarzeń wpadła mi do ręki ciekawa książka, autora dotąd mi nieznanego, Włodzimierza Sołowjowa Wielki spór. Cel był jeden: chciałem, choć po części zrozumieć rozdział Wschodu i Zachodu, po pierwsze z ciekawości, a po drugie było mi to potrzebne, aby jeszcze lepiej wejść w klimat Filokalii. I oto mam jedną z koncepcji, którą ukuł Sołowjow, a która przypadła mi do gustu.

Opinie na temat tego autora są różne, szczególnie jeśli chodzi o Prawosławie, dlatego nie będę w tych rozważaniach wchodził na grunt jego ortodoksyjności. Dla mnie osobiście to człowiek niezwykle odważny i powiem nawet więcej: otwarty i trzeźwo myślący podczas formułowania swoich nieraz kontrowersyjnych określeń.

Podczas czytania kolejnych stron, mimo swojego specyficznego języka i trudnych pojęć połączonych z zawiłymi, logiczno-historycznymi nawiązaniami, prowadzi nas krok po kroku szukając odpowiedzi na pytania: Skąd schizma? Dlaczego stało się tak, a nie inaczej? Problem jest o tyle trudny, ponieważ dotyczy dwóch rzeczywistości: Wschodu i Zachodu. Powszechnie wiadomo, że podział istnieje, głęboki, sięgający daleko w przeszłość. Ale żeby zrozumieć drugą stronę, trzeba pojąć cały mechanizm, który spowodował to zamieszanie.

Sołowjow w swoich wywodach zbudował bardzo ciekawą teorię w oparciu o dogmat chrystologiczny, dotyczący natury boskiej i ludzkiej w Chrystusie. Nie bez powodu jest to jedno z określeń soborowych, za które przelano wiele krwi, dosłownie i w przenośni. Autor użył wspomnianych dwóch natur Jezusa do wytłumaczenia na czym polega problem rozejścia się Wschodu i Zachodu. I wydaje mi się, że jest to bardzo logiczna i słuszna intuicja Sołowjowa. Dochodzimy w tym miejscu do konkretnych wniosków: nie można prawidłowo rozumieć Kościoła wyłączając którąś z tych płaszczyzn. Wschód skupił się na rzeczywistości boskiej, kontemplacyjnej, czyli fundamentach, ale nie podjął pracy nad stworzeniem struktury czysto ludzkiej. Natomiast z drugiej strony Zachód swoje powołanie oparł na człowieku, przez co zagubił nić życia duchowego. To tak pokrótce…

Dwa światy

Pozostając nadal w klimacie refleksji Sołowjowa muszę przyznać, że jego koncepcja jest o tyle ciekawa, że pokazuje problem samego człowieka. Pomijając jeden z aspektów: czy to duchowy, czy też ludzki, za każdym razem powstaje karykatura postaw i poglądów. Mamy wielu mówców i autorytetów, którzy twierdzą, że trzeba dbać tylko o warstwę duchową, ciało się nie liczy, ciało to siedlisko zła. Są i tacy, którzy jak uparte osły mówią, że w człowieku nie ma pierwiastka duchowego. Parodia. Zdawałoby się, że tego typu herezje dawno już zostały rozwiązane orzeczeniami soborowymi, ale kto się tym interesuje, albo czyta tego typu dokumenty. Dlatego słuchamy i wybieramy sobie autorytet, który nam najbardziej pasuje. Proces ufności rozgrywa się bardzo szybko, nauczanie zostaje szybko przyjęte i zaakceptowane. Potem słuchamy tu i ówdzie jak jakaś babcia plecie o tym, że przecież Natanek powiedział… i pojawia się lista rzeczy zakazanych.

Chodzi mi o krytykę spojrzenia jednostronnego, bez refleksji, bez sięgnięcia do czegoś innego niż własna słuszność. Powtarzamy jak papugi, ale żeby to zweryfikować to już nie łaska… Idąc dalej, nie dziwi fakt podziałów na gruncie egzystencjalnym, rodzinnym, nie mówiąc już o polityce i określeniach dzisiaj popularnych: Polacy w Sejmie i Polacy na Jasnej Górze czy też kościół krakowski i kościół toruński. Sołowjow pokazał jak dramatycznym jest fakt, kiedy rozdzieramy siebie na dwie części, jedną zatrzymujemy i pielęgnujemy, a drugą odrzucamy. Dochodzę tutaj do wniosków, chyba jasnych i prostych: człowiek poprzez swoje nieuporządkowane wybory niszczy cały spójny system jaki w nim jest i który go stanowi. Patrząc od tej strony możemy zobaczyć nić konsekwencji, które doprowadziły do m.in. rozdziału między Wschodem i Zachodem, a zaczęło się tak niewinnie: od własnego nosa, egoizmu, od jednostronności i odrzucenia spektrum możliwości.

Na gruncie wiary każdy jest specjalistą, ponieważ jest to rzeczywistość, którą można nagiąć według własnych potrzeb. Zawsze twierdziłem, że teologia jest jedną z najbardziej elastycznych nauk w dziedzinie humanistyki. Jedno zdanie z Pisma Świętego można rozumieć na tak wiele różnych sposobów, zależy na jakie ugrupowanie / człowieka trafi. To jedno zdanie może być potraktowane jako wyrok lub miłosierdzie. I znowu sprowadza się to do nas samych, naszej kulawej otwartości i braku chęci spojrzenia na wszystko z różnych stron, w oparciu o fundament bosko-ludzki. Kiedyś przeczytałem wynurzenie jakiegoś pobożnego jegomościa: A mnie uczono, że w Dobrej Nowinie nie ma tajemniczych, niedostępnych profanom zaułków i jest ona w całości dostępna zarówno głupkowi jak i uczonemu. Czyżby źle mnie uczono…. Prosty przykład braku podstawowej wiedzy i opieraniu swoich poglądów na bazie podejrzanego autorytetu (rozumiem, że ów jegomość nie ma na tyle sił i chęci, żeby podjąć wysiłek własnych poszukiwań, no ale taka postawa jest bardzo wygodna – to wszystko wina nauczycieli). Powie ktoś: prosta wiara, prostego człowieka. Dzisiaj tego typu określenia nie mają prawa bytu. W czasach kiedy wszelkie materiały, specjalistyczne komentarze i publikacje są dostępne, w zasadzie od ręki, nie można mówić że jesteśmy pozbawieni dostępu do informacji. Cały czas chodzi o wadę jednostronności. Po co? To nie dla mnie… Może tak być. Tylko zlituj się, człowieczku, nie gadaj o tym publicznie i nie wprowadzaj zamętu.

Wiele razy słyszałem pytanie: dlaczego czepiam się tych starych babeczek i dziadeczków, świętych od klęczników? Z bardzo prostego powodu: część ludzi, która pomyliła sobie wiarę z folklorem religijnym, powodują powielanie bardzo niepokojącego zjawiska: sprowadzenia wiary do ustalonych, niezmiennych formułek, tak w dziedzinie modlitwy, moralności, jak i w stosunku do samego człowieka. Religijność w dużej mierze, przynajmniej w Polsce, rozwija się w oparciu o to, co przekazała babcia i dziadek, ludzie podobno doświadczeni… Jest to najczęściej uczenie tzw. paciorka i strachu. Efekt jest taki: młody człowiek przesiąknięty moralizatorskim przekazem (bazującym na straszeniu dziecka diabłem i piekłem), w okresie dojrzałości, albo odrzuca wszystko związane z wiarą, albo przyjmuje jako swój niezmienny dogmat (pozostając tylko na poziomie folkloru religijnego). Jest jeszcze trzecia opcja: kwestionuje wiarę i poddaje refleksji, bada z różnych stron, co jest, według mnie najbardziej pozytywną postawą. Pozostanie w tym klimacie strachu i moralnej poprawności bo tak wypada prowadzi do zamknięcia się na możliwości inne niż te, które zostały nam przekazane przez doświadczonych staruszków. Kolejny efekt jest prosty do przewidzenia: w wieku 30-40 lat nadal latamy do kościoła z książeczką do I komunii, czy też sądzimy, że modlitwa to tak naprawdę potrzebna jest Bogu i sprawia mu przyjemność, albo lepiej litania loretańska „uskrzydla” Maryję. Nie mówiąc już o skrzętnym liczeniu grzechów, których lista powiększa się z każdym nowym autorytetem, którego słuchamy. Dopiero spojrzenie całościowe i rozumne, pozwoli nam uświadomić sobie, że trzeba zakończyć etap bycia pod kloszem moralizatorskich upomnień i wejścia w świat rozwoju duchowego, ale potrzeba tutaj bolesnego zabiegu: odcięcia pępowiny, która nas trzyma i podjęcia samotnej wędrówki oczyszczenia połączonej z uporządkowaniem. Dopiero po przejściu z folkloru religijnego do prawdziwej wiary znikną skrupuły, ponieważ wejdziemy na poziom, który jest ponad utarte zwyczaje i schematy.

Wszystko to sprowadza się do jednej choroby, która toczy nasz wierny lud: brak refleksji nad istotą wiary i czym ona tak naprawdę jest. Jeszcze raz to powtórzę: mamy tutaj do czynienia z żywym organizmem. Wiara to nie miejsce, gdzie wszystko już powiedziano i określono. Nieustanna weryfikacja jest tutaj koniecznością. Wiara wymaga zdrowego i trzeźwego spojrzenia na to, co istotne – na człowieka w wymiarze duchowo-ludzkim.