Dzisiaj o 3 książkach, nad którymi siedziałem od dłuższego czasu. Miałem okazję napisać parę słów refleksji po obejrzeniu filmu „Everest”, jednak, jak się okazało, temat jest o wiele głębszy i rozleglejszy. Ekranizacja prześlizgnęła się po niektórych aspektach całej afery, nie dając pełnego obrazu całości. Trzy publikacje, dzięki którym w jakimś stopniu możesz „wejść do głowy” himalaisty, a przynajmniej zrozumieć niektóre schematy, jakimi rządzą się akcje górskie oscylujące na granicy życia i śmierci.

chinski_maharadza

Chiński Maharadża

Wojciech Kurtyka odważnie i nietypowo otwiera nam dostęp do swojej głowy, do „szaleństwa” własnych myśli, spraw i problemów. Nie widać tutaj jakiejś szczególnie zarysowanej fabuły; poprzez kolejne strony jesteśmy raczej widzami, przed którymi, jak w kalejdoskopie, przewijają się obrazy, które wykreował umysł Wojciecha Kurtyki. Cel jest jeden: Chiński Maharadża, bez asekuracji, na czysto, bez udziwnień. Wydawać by się mogło, że sprawa jest błaha… ale nie dla profesjonalnego himalaisty. Tutaj wszystko jest podporządkowane nadrzędnemu celowi. Piszę „wszystko”, ponieważ nie ma tutaj alternatywy, pasja jest pasją i dzięki osobliwemu stylowi autora, mamy tę możliwość, by stanąć przed gmachem myśli, który urasta do niebywałych rozmiarów, i by osiągnąć to JEDNO. Książkę „Chiński Maharadża” można określić jako psychodeliczną, co jest może zbyt dużym uogólnieniem, jednak prędkość przepływu strumienia świadomości autora nie jest dla wszystkich; w pewnym momencie można stanąć i zapytać, o co w tym wszystkim chodzi. Wydaje się jednak, że musimy z pokorą przyjąć postawę widza i cierpliwie dokończyć to, co zaczęliśmy…

 

wszystko_za_everest

Wszystko za Everest vs Wspinaczka

Teraz czas na prawdziwy rarytas. Nigdy nie sądziłem, że tematyka wysokogórska tak bardzo przypadnie mi do gustu. Jak wyżej napisałem, mój zachwyt kończył się na filmach typu „Everest”, ale jakoś nigdy nie zgłębiłem tematu bardziej.

Nie będę wchodził na poziom wyjaśniania, o co chodzi. Możecie sobie doczytać o głośnej wyprawie na Everest z 1996 r., w której straciło życie dwóch cenionych himalaistów: Scott Fischer i Rob Hall. Paradoksalnie sama tragedia nie wywołała tak wiele emocji, jak późniejsza debata Krakauer vs Bukriejew, z której zrodziły się dwie pasjonujące książki: Wszystko za Everest Jona Krakauera i Wspinaczka Anatolija Bukriejewa i G. Westona DeWalta. Do tej pory myślałem, że filmowa ekranizacja wystarczy. Pomyliłem się. Dopiero lektura tych dwóch publikacji pokazała mi cały wachlarz możliwości i pytań, na które do dzisiaj nie znaleziono odpowiedzi.

Nie wiem, dlaczego tak jest, ale jakiekolwiek akcje górskie zakończone dramatycznie śmiercią jakiejś części ekipy czy też pojedynczych członków zakładają potem „lincz” na koźle ofiarnym. Ktoś musi być winny, zazwyczaj tego typu dyskusje mają więcej niewiadomych niż konkretnych faktów, stąd albo media, albo sami uczestnicy naznaczają KOGOŚ jako tego, który będzie nosił miano kozła ofiarnego. Bo ktoś musi być winny. Najlepiej osoba, bo zwalić wszystko na pogodę – to raczej nie jest ciekawe…

Podobnie się ma sprawa debaty wokół relacji, jaką możemy przeczytać u Jona Krakauera i Anatolija Bukriejewa. W tej wojnie kozłem ofiarnym jest Bukriejew, wybitny himalaista, przede wszystkim ceniony za swoją wytrzymałość i ogromne doświadczenie. Te dwie książki, Wszystko za Everest i Wspinaczka, to dwa spojrzenia na to samo wydarzenie. Wydawać by się mogło, że powinna być zgodność w relacjach, lecz nic bardziej mylnego. Zarówno jedna, jak i druga strona ma swoje argumenty, lepsze, gorsze, ale ma. W skrócie można wszystko sprowadzić do pytania: co by było, gdyby Bukriejew został z uczestnikami wyprawy, a nie zszedł od razu do obozu IV? Wychodziło w zasadzie na to, że scenariuszy rozwiązań jest tyle, ilu uczestników. W całej wymianie zdań paradoksalnie jedni, określani jako broniący Bukriejewa, wycofywali się, żeby potem uderzyć z innej strony. Istny cyrk.

anatolij_bukriejew

Kończąc lekturę wspomnianych książek, odczułem przesyt tej kłótni. Teraz, patrząc na to wszystko z dystansu, trochę mi to jednak wygląda na pewien zamysł i plan Krakauera, aby wywołać taką burzę. Gdy wczytuję się w niektóre oskarżenia, zdają się one być mocno przesadzone, a wręcz wyssane z palca, aby tylko były i robiły zamieszanie medialne. Trzeba przyznać Krakauerowi, że ma niezwykle dobry warsztat pisarski, świetny styl trzymający w napięciu. Jednak moim osobistym zdaniem nieco przesadził z robieniem z Bukriejewa kozła ofiarnego. Nie wiem, o co tak naprawdę Krakauerowi chodziło, niech to już pozostanie w jego sumieniu. Z pewnością burza medialna wokół wydarzeń z 1996 r. napędziła machinę sprzedaży, co również ma swoje pozytywne strony – uświadamiania ludzi o takich sytuacjach i dramatach ludzkich. Jednak nie można tutaj iść zgodnie z zasadą „cel uświęca środki”, ponieważ nastąpiło tutaj mocne uderzenie w nazwisko osoby, która, jakby nie patrzeć na poszczególne wątki wydarzeń, dzięki swoim decyzjom uratowała kilka istnień, które mogły zostać pochłonięte przez „wiecznie głodny” Mount Everest.

Tak czy inaczej, wejść w samo piekło, nieraz ostrej, wymiany zdań Krakauer vs Bukriejew, to fascynująca podróż po tym, jak bardzo czynnik ludzki jest tutaj ważny. Niejednokrotnie sama tragedia jest spychana na drugi plan, aby dać miejsce walce o słuszność. Mimo upływu czasu, temat „kozła ofiarnego” przewija się od jednego dramatu wysokogórskiego do drugiego. Jedno jest pewne: tych, co zginęli, już raczej nie oskarżymy albo to ich raczej nie dotknie. Pozostają jednak żyjący. Czy warto niszczyć kogoś w imię obrony własnego zdania? Granica jest niezwykle delikatna, no chyba że chodzi tylko o kasę…

wspinaczka