Doświadczyłem kiedyś bardzo pouczającego zdarzenia. Było to w liceum, pewnego dnia pojawiła się na horyzoncie koleżanka, ktoś nowy, można powiedzieć – „spadła” do naszej klasy, nie wiadomo skąd. Nieco starsza, zaakceptowaliśmy ją. Minął rok, koleżeńskie „cześć” podczas mijania się na korytarzu i tyle.

W miarę upływu czasu pojawiło się więcej rozmów, koleżeńskie przysługi i pomoc, też zwyczajna, bez jakiegokolwiek drugiego dna i oczekiwań. Taki układ mi się podobał, ale kiedyś spotkałem się z określeniem kolegi, który obserwując tą naszą znajomość zapytał, być może w żartach: czy to miłość? Trochę mnie to zaniepokoiło, sytuacja, w której tracę kontrolę, nie była brana pod uwagę.

Pytanie spowodowało reakcję łańcuchową. Wymiana sms-ów z koleżanką, podczas której, wtedy zupełnie nieświadomie, użyłem w stosunku do niej słowa „przyjaciel”. Już sam fakt załatwiania sprawy przez komórkę budzi politowanie, ale tak było i cóż ja na to dziś poradzę. Otrzymałem wiadomość zwrotną z niezłym „opieprzem”, jakim prawem użyłem takiego określenia w naszych relacjach, które były zwykłą znajomością. Nie przeszliśmy dalej w hierarchii wartości. Wtedy, nieco skołowany i zawstydzony, postanowiłem się więcej nie odzywać. Nie wiem, co miała oznaczać ta manifestacja, ale wiem, że było to głupie i dziecinne. Ostatecznie wróciliśmy do wspólnej znajomości i rozmów. Właśnie ten incydent, to zwrócenie uwagi przy doborze odpowiednich określeń, dał mi bardzo wiele, nauczył mnie jednego – nie można „szastać” słowami, które niosą ze sobą pewną moc i zobowiązania.

To wydarzenie pozwoliło mi później spoglądać na moje inne znajomości. Dzięki takiemu „kopniakowi” odpowiednio dobieram słowa, mimo że zdarzyło mi się słyszeć z ust znajomych słowo „jesteśmy przyjaciółmi”. Parę razy to zweryfikowałem, nabrałem dystansu, czekając na sygnał. Nie w formie wiadomości na Facebooku czy też sms-a – jesteśmy w końcu dorośli – ale osobistej rozmowy. Wiecie, dla mnie określenie „przyjaciel” oznacza naprawdę kogoś bliskiego, z którym jestem w stałym kontakcie; to nie osoba, z która widzę się raz na kilka miesięcy. Przyjaciel, powiem nawet, to coś więcej niż instytucja małżeństwa. To ktoś, kto jest stale obecny, z kim spędzam wolny czas, rozmawiam i na kim mogę polegać w każdej chwili.

uwaga_przyjaciel_2

Dlatego teraz jak ognia unikam nazywania znajomości przyjaźnią. Wracając do sytuacji, w której weryfikowałem moich znajomków, ostatnia próba pokazała, że zarówno ja, jak i oni „mamy w dupie” utrzymanie wspólnych relacji, zwyczajnych, bez udziwnień… Na początku było to dla mnie dość nienaturalne. Jednak warto było oczyścić to, co nie miało fundamentów. Muszę to przyznać, popełniłem błąd w określeniach, po raz kolejny. Zastanawiając się nad całą sytuacją, doszedłem jeszcze do jednego wniosku – z mojej strony zwyczajnie znudziłem się tą wspólną znajomością. Mam w sobie takie coś, że lubię zmiany. Znajomi z kolei to stateczni i przewidywalni aż do bólu ludzie. I słusznie, każdy ma swój styl życia. Dlatego tym bardziej ja tam nie pasowałem.

Wycofanie pozwala spojrzeć na wszystko z odpowiednim dystansem. Z drugiej strony, tego typu „weryfikacja” nie do końca jest humanitarna, no bo jakim prawem sprawdzam „niby-przyjaźń”. Zdaję sobie sprawę z tego, że mogło to też być destrukcyjne; podjąłem ryzyko, ale przynajmniej wiem, na czym stoję…

Wpis można też mylnie ocenić jako jedną wielką pretensję. Nic bardziej mylnego. Traktuję to „terapeutycznie” jako wyrzucenie z siebie tego, co spory czas leżało mi na wątrobie. Cenię sobie to, co przeżyłem i czego się nauczyłem, ale na tym nie można poprzestać: idziemy dalej, a przyszłość, jeśli wszystko się poukłada tak, jak powinno, zapowiada się jako obfitująca w nowe, ciekawe doświadczenia.