Na wstępie odsyłam czytelników do wspomnianego w tytule artykułu pani Polak-Pałkiewicz, aby każdy miał obraz, o co w tym wszystkim chodzi… Nie tak dawno miałem okazję napisać kilka słów na temat zbulwersowanej czytelniczki, która napisała list do ojca Leona w sprawie kampanii promocyjnej Małopolski „Młodość to stan ducha” i tak jakoś słowa oburzonej pani idealnie komponują się z artykułem pani Polak-Pałkiewicz.

Po lekturze wspomnianego tekstu, znalazłem w Internecie nagranie, w którym występuje nasza główna bohaterka – akurat podczas Targów Książki opowiadała o jednej swojej książce. Chciałem zweryfikować moje domysły, ponieważ byłem na 99% przekonany, że artykuł w Rzeczypospolitej napisała osoba starsza. Bingo, jednak moje przeczucia mnie nie zwiodły. Jakoś ciężko było uwierzyć, że tego typu tekst mogła napisać osoba młoda.

Od samego początku lektury artykułu zawiało „starczym, tradycjonalistycznym” biadoleniem. Przypomina mi to troszkę jedną z wypowiedzi Pana Wojciecha Cejrowskiego na temat butów papieża :)

Teologia kolonizatora

W czasie czytania artykułu pani Polak-Pałkiewicz przyszło mi do głowy określenie, które wydaje mi się słuszne, na teologię, jaką stosuje pani Ewa. Mianowicie tak jak kolonizatorzy stosowali bezwzględną przemoc i inkulturację, bez względu na godność i wolną wolę innego człowieka, tak i w tym przypadku dla pani Ewy wszystko jest czarno-białe: albo jesteś po jednej stronie, tej właściwej, albo po drugiej, z tymi innymi gorszymi i musisz podporządkować się naszym regułom. Jednym słowem, można pokusić się tutaj o określenie, że mamy do czynienia z teologią kolonizatora. Przyjmujesz nasz punkt widzenia albo jesteś potępiony.

W zasadzie ciężko tutaj polemizować z subiektywną opinią, ponieważ żaden zdrowo myślący człowiek nie powie mi po przeczytaniu artykułu Pani Ewy, że można tam znaleźć prawdy obiektywne. Tekst usiany jest odniesieniami do osobistych przekonań i upodobań autorki, o czym świadczą ciągłe nawiązania do czasów przed II Soborem Watykańskim, jak również do Bractwa Piusa X, jako instytucji tej, która jest właściwa i miła Bogu. Reszta, niestety, to jakieś odpryski emocjonalnej i infantylnej wiary, czego mieliśmy przykład podczas ŚDM.

Czerwone korale

Najbardziej zaciekawiło mnie odwołanie do ojca Leona i jego czerwonych korali, o których pisałem tutaj. A jeszcze bardziej rozśmieszyło mnie określenie użyte w tekście: Trudno z tego „dowcipnego” portretu odgadnąć tożsamość płciową… Śmiem twierdzić, że wzrok pani Ewy znacznie się pogorszył.

Coś cudownego, uwielbiam takich ludzi :) I jak tutaj się nie uśmiechnąć, bo przecież zakonnik na plakacie musi być kobietą, praktycznie bez włosów, bardzo chudą, w habicie… moment, brakuje jej tylko welonu :) Sprawa jest oczywista, musicie sobie to zapisać, jeżeli mężczyzna ubrał czerwone korale (przypominam, symbol Małopolski), trzeba zorganizować debatę nad jego tożsamością płciową, czy aby przypadkiem nie jest kobietą…

mlodosc_to_stan_ducha

W obronie tradycji

Pani Ewa to przedstawicielka osób, dla której stwierdzenie „za naszych czasów…” jest istotą wszystkiego. Podobnie i w odniesieniu do Kościoła. Przed II Soborem Watykańskim to były czasy… Wtedy wszystko było w jak najlepszym porządku. Schematyczna wiara, ujęta w twarde nakazy i zakazy, to był szczyt religijności. Niestety, Pani Ewo, świat, i podobnie Kościół, idzie do przodu, i całe szczęście.

Życie w ciasnym gorsecie, jakie Pani proponuje ludziom Kościoła i wiernym, raczej nie pociągnie nikogo, czego mieliśmy przykład podczas ŚDM. Osobiście wiele rzeczy nie podobało mi się, zarówno od strony organizacyjnej, jak i samej liturgii, ale mam świadomość tego, że tak już będzie. Chcę uczestniczyć w rozwoju Kościoła i cieszy mnie fakt, że jest ekumenizm (który wreszcie ma wzgląd na godność i wolną wolę człowieka), mamy rosnącą liczbę duchownych, którzy pokazują pozytywne oblicze Kościoła, powstają coraz to nowe inicjatywy ewangelizacyjne. Przykładów można by mnożyć setki, ale przecież nie chodzi o to, żeby przerzucać się kolejnymi argumentami. Mam też swoje zdanie w niektórych kwestiach, ale nie głoszę skostniałych, trochę słabych jak na dzisiejsze czasy, poglądów. Sprawdzają się tutaj słowa Jezusa z przypowieści, że nie wlewa się nowego wina do starych bukłaków. Taka prawda.

Tekst Pani Ewy przypomina mi trochę taki krzyk za tym, co już było, a nie wróci. Pewien etap w historii Kościoła mamy już za sobą, ale jest jeszcze taka wysepka ludzi, którzy ciągle chcą powrotu tych czasów, które minęły. Taki absurd. Stąd ciągłe „biadolenie” w artykule na temat tańców, baletów, ogólnego upadku liturgii i Kościoła, zakonników ubranych w korale. Przypomina to walkę Don Kichota z wiatrakami. Te demony współczesności, które autorka widzi wokół siebie, tak naprawdę nie istnieją. Jest to zwyczajna rzeczywistość Kościoła, który powolutku idzie z duchem czasu. Ludzie potrzebują Kościoła i duchownych otwartych na potrzeby dzisiejszego człowieka, a nie jak to zostało przedstawione w tekście, swoistej twierdzy, do której wiedzie droga twardych nakazów i zakazów, a na jej końcu czeka Bóg z rózgą w ręku, który za dobre wynagrodzi, a złych spotka kara ognia piekielnego. Jeżeli ktoś dalej ma takie wyobrażenie wiary, Kościoła, to życzę wszystkiego najlepszego na tej drodze, ale gwarantuję, to nie jest droga chrześcijańska. Nie tego uczy Ewangelia.

Z drugiej strony, ta wysepka, gdzie panują tego typu poglądy sprzed 70 lat, i istnieją zwolennicy, którzy chcieliby mieć Kościół stworzony na ich modłę, jest całkiem sporych rozmiarów. Zastanawia fakt, dlaczego wersja Kościoła sprzed II Soboru Watykańskiego tak bardzo pociąga. Odpowiedź jest chyba prosta: twarde, sztywne i oczywiste zasady. Dla takich osób obecna wspólnota kościelna, z liturgią i duchowością jest czymś niepewnym, bez wypracowanych norm i przepisów. Dlatego w tekście pani Ewy możemy spotkać się z zarzutami w kierunku emocjonalności i spontaniczności podczas Mszy św. czy też spotkań duszpasterskich lub innych eventów. Tego typu zachowań nie da się ubrać w ciasne schematy, liturgia wychodzi poza ramy jasno określonych rubryk kościelnych. W oczach tradycjonalistów ŚDM to jeden wielki chaos i nieporządek. Zakonnik w koralach to coś niepojętego, niezgodnego z moralnością i regułami klasztornymi. Jednym słowem: rozmycie prawd wiary i upadek. Niech sobie będzie…

A my razem z ojcem Leonem i „dzisiejszym” Kościołem machamy mieszkańcom, którzy zamieszkują tradycyjną wyspę z ich wizją Kościoła. I serdecznie pozdrawiamy autorkę artykułu, panią Ewę Polak-Pałkiewicz. Ja ze swej strony polecałbym autorce artykułu lekturę książki „Młodość to nie tylko wiek. Młodość to stan ducha”: na okładce można zobaczyć pani Ewy ulubionego  zakonnika w czerwonych koralach :)