Wiele się dzisiaj mówi o kryzysie tożsamości. Wiele wspólnot szuka swojego kręgosłupa, który gdzieś się złamał lub uległ zniekształceniu. Wiele osób pyta… Powodów może być całe mnóstwo, poczynając od sytuacji rodzinnej, na sprawach zawodowych kończąc. Jak to zwykle bywa, sprawa jest bardziej skomplikowana niż nam się wydaje i wymaga dotknięcia, jak to określił Merton, pewnej trwogi zejścia na samo dno naszej egzystencji.

Ostatnio przeczytałem dwie książki – jedna o ideałach Dom Augustina Savatona OSB Wartości fundamentalne monastycyzmu, a drugą o kontemplacji wspomnianego wcześniej Thomasa Mertona pt. Modlitwa kontemplacyjna. Czytając o wzniosłych rzeczach i pewnym poziomie, który powinniśmy trzymać, zrobiło mi się wstyd. Zrozumiałem jak bardzo byłem i jestem miałki. Lepszym określeniem będzie letniość. Zastanawiałem się czy warto publicznie dzielić się autokrytyką własnej przeszłości. Tak… patrząc na czasy kiedy byłem zakonnikiem, i teraz, patrząc na to wszystko z perspektywy słów Dom Augustina Savatona OSB, muszę przyznać że byłem beznadziejny. Brakowało w tym wszystkim wyznaczenia sobie jasno określonej poprzeczki, dyscypliny w oparciu o wybraną formę duchowości. I mówię tutaj o moich wyborach i zachowaniu. Pewne aspekty, owszem, miały podstawy i trwają do dzisiaj, ale większość decyzji bazowała na własnym egoizmie i wygodnictwie. Pielęgnowanie własnego ja nie może doprowadzić do wykształcenia twardego kręgosłupa, wytworzenia pewnego klimatu duchowości, który promieniuje od osoby do osoby. Tym bardziej jestem zdania, że duchowieństwo zobowiązane jest poprzez wybór takiej drogi, do wzięcia na siebie odpowiedzialności za samych siebie. Patrząc na własny przypadek, jestem przekonany, że nie może być tutaj tendencji do mieszania różnych rzeczywistości, życia trochę jak zakonnik, trochę jak świecki. Mętnych duchownych mamy aż nadto, potrzeba wyraźnych postaci i konkretnych wyborów. W przeciwnym wypadku pozostaniemy ciągle na poziomie pytań bez odpowiedzi o własną tożsamość.

Paradoksalnie ideały i poprzeczka życia duchowego zostały już dawno określone. Ileż to opasłych tomów poświęcono tym zagadnieniom. A więc dlaczego ciągle pytamy o tożsamość lub kierunek rozwoju. Szukamy w tym wszystkim autorytetów, dzisiaj są to osoby od petard  i misiów panda. Na jak długo? Jeden, dwa sezony, potem trzeba zmienić płytę i poszukać czegoś nowego, bardziej atrakcyjnego. Dla wyjaśnienia: nie chodzi mi tutaj o konkretne osoby, ale o naszą postawę przyjęcia tego, co te postacie niosą ze sobą. Krytykuję skupienie się tylko na zewnętrznych oznakach wyjątkowości, fajerwerkach i pewnych sloganach. Mniej więcej to wygląda tak, jak w przypadku Jana Pawła II, z którego zrobiliśmy kremówkowego bohatera. Chodzi mi w tych refleksjach o zejście do samych podstaw, w przypadku autorytetów, do samych źródeł ich nauki i przekazu. Tylko czy jesteśmy w stanie wysłuchać prawdy o sobie? Tacy są prorocy… oni mówią prosto z mostu, bez owijania w bawełnę. Zdzierają z nas maski, z którymi paradujemy na co dzień. Mamy ich tyle, że stało się to normą, nie ma różnicy czy dzisiaj założymy taką czy inną, zawsze będzie to inny rodzaj fałszu.

tozsamosc

W tym wszystkim, jak hipokryci pytamy o własną tożsamość. Czytam u Mertona: Fałszowanie naszej wewnętrznej prawdy pod pretekstem zjednoczenia z Bogiem jest najtragiczniejszą niewiernością przede wszystkim wobec samego siebie, wobec własnego życia, wobec samej rzeczywistości i oczywiście wobec Boga. Takie zakłamanie kończy się całkowitym zwichnięciem naszej moralnej i intelektualnej egzystencji. Ktoś powie, że Thomas Merton sam miał za uszami wiele i jak może pouczać innych? Owszem, tylko jest taka różnica, że on to widział bardzo wyraźnie, na początku u samego siebie, a dopiero potem przelał to na papier. Nie zaczynał od drzazgi, ale najpierw uporał się z własną belką. Podobna sytuacja jest w przypadku Ojców Pustyni, o czym miałem już okazję wspomnieć. Bazowali oni na doświadczeniu własnej słabości, i często dopiero pod koniec życia dochodzili do pewnych wniosków, które przekazywali dalej. Chodzi tutaj o stanięcie nagim przed samym sobą, na suchej ziemi. Symbolicznie określa się to wyjściem na pustynię. Ale po co, ktoś zapyta, jeżeli mam inne formy i metody? Jeżeli tak, to nie pytaj o własną tożsamość i kręgosłup życiowy.

Zawsze przytaczam mój ulubiony przypadek ludzi, którzy nie mają czasu. Chcą zmiany, ale nie mają czasu. Widzą, że wszystko się w ich życiu rozjeżdża, ale nie mają czasu. Nic ich nie cieszy, apatia, pretensje, potrzebują czegoś… ale nie mają czasu. Nie dziwi fakt, że chwytają się atrakcyjnych sloganów. Powtarzają je w głowie, dzielą się tym między znajomymi, chwalą się innym: słuchaj dzisiaj przeczytałam… jak on pięknie to napisał… aż się wzruszyłam jak czytałam ten opis… i tyle… emocjonalny, powiem więcej, pusty zachwyt. To, co pisałem wcześniej: petardy i misie. Tylko, że za nimi stoi coś więcej. Dzisiaj taka forma przekazu w postaci fajerwerków duchowych jest dobra (mówimy o pierwszym etapie), ponieważ przyciąga do czegoś więcej, do czegoś ponad zewnętrzną otoczką. Można się do takich autorytetów doczepić, że szerzą pewien rodzaj infantylizmu, ale tak nie jest… To my pozostajemy na poziomie sloganowego zachwytu. W takim układzie potrzeba więcej czasu, aby przedrzeć się do tego, co autor chciał przekazać. Wymaga to refleksji i szukania, ale przecież nie mamy czasu. Pozostając na tych atrakcjach karmimy tylko nasz emocjonalizm. W pewnym momencie potrzebujesz kolejnych bodźców, podobnie jak z pokusą, która z czasem przybiera na sile, w miarę jak coraz bardziej grzęźniemy we własnym nieuporządkowaniu.

Pojawiają się osoby, które twierdzą, że nie powinienem tak pisać, ponieważ może to kogoś urazić. O to mi chodzi… Przewrotne, ale skuteczne. Mówi się, że prawda was wyzwoli i dzisiaj potwierdzam tę zasadę jako jedną z ważniejszych we własnym życiu. Kończąc temat osób, które mogą czuć się urażone, odwrócę kwestię a może wszystkie te teksty piszę o sobie samym, bazując na własnym doświadczeniu i potknięciach, może nie jest to przytyk do konkretnych osób. Może tak, a może nie… Nie będę się tutaj tłumaczył, jedno jest pewne: możliwości jest wiele.

Po lekturze Mertona i Savatona zdałem sobie sprawę, że pytając o własną tożsamość nie pozostajesz sam. Pytając podejmujesz drogę odpowiedzialności. Chcesz coś zmienić. Chyba że jest to tradycyjny jęk nad swoim losem, bez podjęcia jakiegokolwiek wysiłku w kierunku zmiany. Masz teksty wybitnych postaci, które bezpośrednio lub poprzez analogię chcą ci pokazać pewną nić, za którą warto podążać we własnych poszukiwaniach. Nie piszę, że muszą to być przytoczeni wyżej autorzy, ale chodzi tutaj o dogłębne wczytanie się w nauczanie, które pozwoli ci obrać właściwy kierunek, a przynajmniej staną się pewnym wyrzutem sumienia podczas podejmowania decyzji. A więc przestań jęczeć i zacznij coś zmieniać u siebie. Przestań rzucać hasłami o kryzysie autorytetów, bo masz ich obok siebie, często na półce, zakurzonych i zapomnianych.

Poniżej kilka inspiracji, na początek z książki Modlitwa kontemplacyjna Thomasa Mertona:

Nasza wiara i miłość docierają do Niego, lecz On ukrywa się przed aroganckim spojrzeniem naszego dociekliwego umysłu, który dąży do zawładnięcia Nim i w dającym władzę akcie poznania stara się zagwarantować sobie trwałe Jego posiadanie. W rzeczywistości próba pochwycenia Boga jak przedmiotu, który nasz umysł może pojąć i zrozumieć, jest absurdalna i niemożliwa.

Czasem można odnieść wrażenie, że uczciwy i mający dobre intencje ateista pod wieloma względami jest lepszy i przynosi większą chwałę Bogu, niż ludzie, których świętoszkowate samozadowolenie i nieludzkie postępowanie wobec bliźnich są oznakami najbardziej oczywistego egoizmu!

Niestety, aż nazbyt prawdziwe jest to, że udawane życie wewnętrzne pozwala zachować pozory pobożności tym mężczyznom i kobietom, którzy w ten sposób unikają uznania swojej całkowitej miernoty. Wyobrazili sobie, że są zdolni do miłości właśnie dlatego, że są zdolni do wzbudzenia w sobie pobożnych sentymentów. Jednym z aspektów tej wygodnej choroby duchowej jest jej uporczywe trzymanie się ideałów i zamiarów w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości, czynu i zaangażowania społecznego. Czegokolwiek pragną wewnętrznie, o czymkolwiek marzą, cokolwiek sobie wyobrażają – to jest piękne, pobożne i prawdziwe. Wystarczą piękne myśli. One mogą wszystko zastąpić, włącznie z miłością, włącznie z samym życiem.

Liturgia bez kontemplacji staje się tylko pobożnym widowiskiem, a paraliturgiczna modlitwa zwykłą paplaniną.

…i z dzieła Dom Augustina Savatona OSB Wartości fundamentalne monastycyzmu:

Święty Benedykt nie kazał swoim mnichom jeść jak żebracy, budować domów podobnych do domów biedaków i ubierać się jak oni. Nakazywał im natomiast, aby zadowalali się tym, co ściśle konieczne, i aby do niczego się nie przywiązywali.

Zakonnicy powinni dawać z siebie więcej!

Należy więc czytać, ale co? Powiedzenie: „Lękam się człowieka jednej książki” oznacza, że człowiek mający tylko mocno ograniczoną wiedzę doktrynalną może stać się poważnym przeciwnikiem. Ale może mieć ono także inne znaczenie: ten, który opiera się tylko na jednym dziele, przy rozstrzyganiu bardziej złożonej kwestii może być niebezpieczny ze względu na swe wąskie horyzonty i schematyczność myślenia. Ma „klapki na oczach” i wszystko widzi przez pryzmat swego autora.

Bo cóż człowiek może sam? Robinson miał szczęście, że na swej wyspie spotkał Piętaszka! Oderwane od świata życie mnisze zawsze było niezrozumiałe i irytujące dla niewierzących.

„Et non in multiloquio” – nie w wielomówstwie. Modlitwa nie może polegać ani na mechanicznym powtarzaniu gotowych formuł, ani na potoku słów będących produktem naszej inwencji, bez większego związku z najgłębszą intencją serca.