Idę sobie przez rynek krakowski, o ile dobrze pamiętam jest Boże Ciało. Sporo ludzi, mimo wszystko pośród tłumu dostrzegłem znajomego. Uścisk ręki, krótka wymiana zdań. Gdzie idziesz? Zapytałem i chyba popełniłem błąd… No wiesz, do kościoła na Boże Ciało. Jak już brnąć dalej, to na całego: Słuchaj, ale Eucharystia już trwa… Zobaczyłem tylko coś na rodzaj uśmieszku w stylu no i co z tego. Żałuję pytania, taka sytuacja zostaje w głowie i nie pozwala spać spokojnie?

Dlaczego zdziwienie? Ważny szczegół: znajomy to osoba dorosła, podobno dojrzała i podobno chrześcijanin. Człowieku, co się czepiasz? Faktycznie, mój błąd, przecież chłopak próbował, no ale jakoś nie zdążył… I wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie to, że to podobno chrześcijanin. I to tego katolik. O ile dobrze pamiętam Msza Św. ma swój początek i koniec, jest to jedna, spójna całość; nie słyszałem o czymś takim, że jedna część Eucharystii jest ważniejsza od drugiej, co uprawnia nas do tego, że np. Liturgię Słowa można opuścić, spóźnić się czy też wyjść przed błogosławieństwem.

Przymus? No bo jak to będzie wyglądało na wsi, a co gorsza w ocenie rodziny. Cały czas mowa o osobie dorosłej, wolnej i świadomej. Strach patrzeć na religijność zbudowaną na poglądzie bo tak wypada. Powiem mocniej, widać tutaj jakiś przymus przyzwyczajenia, który odziera z autentyczności i szczerości wiary. To nie jest przypadek, do którego można przykleić argument: to jest jeszcze młody człowiek, wyrobi się…

Rozchodzi mi się w tych refleksjach o określenia i podejście. Jeżeli jesteś katolikiem, to postępuj świadomie według tego, czego uczą ogólne zasady: chociażby uczestnictwa w Eucharystii. W przeciwnym razie, daruj sobie chodzenie do kościółka bo rodzice ci kazali (albo babcia), środowisko tego wymaga czy też stracisz możliwość pogadania sobie z kolegami i koleżankami.

Jak echo wraca do mnie to rozróżnienie życiu duchowym na coś (religię) i Kogoś (Osobę). W sytuacji kiedy nasza wiara czy pobożność żyje w oparciu o coś, nie dziwi fakt postawy tego znajomego wobec np. Liturgii. Religia jako tylko zespół zwyczajów i praktyk czysto zewnętrznych prowadzi do zupełnej letniości, a wręcz do mechanicznego uczestnictwa w cotygodniowej Mszy (podobnie jest w przypadku modlitwy i sakramentów). Co innego, kiedy wyjdziemy z tej skorupy naszych osobistych  zwyczajów i rozpoczniemy świadome postrzeganie wiary jako relacji z Kimś, wtedy nie ma czegoś takiego jak w powyższym przykładzie. Człowiek, któremu zależy i szanuje Drugiego, nawet kierując się zwykłą kulturą, nie spóźnia się, jest od początku do końca. Taki człowiek ma na uwadze fakt swojej przynależności, jako katolik postępuje zgodnie z tym czego wymaga bycie chrześcijaninem. Ważny szczegół: nie bez powodu przytaczam przykład spotkanego znajomego. Chodzi mi tutaj o zaznaczenie problemu stanięcia w miejscu w rozwoju religijności czy też wiary. Nie piszę tutaj, aby dziecko przyjmujące I Komunię Św. na dzień dobry miało takie podejście do religii jak osoba dorosła. Problem pojawia się kiedy nasza wiara i pojmowanie religii zatrzymało się na poziomie dziecka z II klasy podstawówki. Jeżeli ktoś sądzi, że rozwój duchowy to sprawa łatwa i przyjemna, który można odfajkować, to grubo się pomylił.

to_nie_jest_wazne

Pozostając na gruncie rozumienia religii jako coś, ważniejsza jest dla nas książeczka do modlitwy niż zwyczajne trwanie w Obecności. Wyobraźnia zastępuje nam ciszę myśli. Twarde trzymanie się formułek i poprawność wypowiadania modlitw ponad zrozumieniem. To wygląda tak jakby forma mogła zastąpić wszystko… Patrząc na poszczególne elementy, wspólnym mianownikiem takich wyborów, jest zwyczajne wygodnictwo. Wszystkie formy, które podejmujemy, nie angażują nas w pełni, związane są z naszymi zmysłami (w prostej linii z czymś przyjemnym). Jak wiadomo zmysły potrzebują proporcjonalnie coraz więcej bodźców, aż dojdziemy do duchowej karykatury, kiedy wiara ulega mechanizacji. Widzimy wtedy człowieka, który nerwowo spogląda na zegarek, bo coś się przeciągnęło i trwa dłużej niż zwyczajowe 60 minut. Pokuszę się również o przyrównanie pobożnych wiernych do robotów, które zgodnie z algorytmem ładnie i porządnie odpowiadają celebransowi, natomiast w sytuacji kiedy pytamy o czym była Ewangelia, widzimy tylko szeroko otwarte oczy, które mówią: odczep się!

Świadomie wybrałem dystans i odszedłem od praktykowania, aby na nowo przedefiniować to, co do tej pory określałem jako swoją wiarę. Teraz mogę nazwać czym żyłem jako coś. Teraz nadszedł czas, aby skierować swoją drogę w innym kierunku i spróbować zrozumieć Drugiego. Dopiero taka kolejność, może doprowadzić do zjednoczenia praktyki i relacji. Wtedy wszystkie aspekty mają swoje miejsce i nie pozwalają na jakąkolwiek skrajność w jedną czy drugą stronę.

Ktoś powie, że prosta wiara to prosta droga do nieba. I chyba nie ma tutaj nic sprzecznego. Sądzę jednak, że zarówno wiara prostej kobieciny, zbuntowana religijność młodego człowieka, czy też świadoma postawa teologa, tak czy inaczej wymaga wysiłku rozwoju, aż do końca… Prostota nie może być wymówką do odpuszczenia bo to nie dla mnie czy też to tylko dla duchownych i wtajemniczonych. Nie ma czegoś takiego, że oto w tej właśnie chwili osiągnęliśmy wszystko na drodze duchowej. Jeżeli jednak tobie się udało, to co ty TUTAJ jeszcze robisz?