Nikt nie lubi o sobie czytać, sprawa się jeszcze bardziej komplikuje w sytuacji kiedy dany człowiek uświadamia sobie fakt, że tekst dotyczy jego samego, co wyzwala jeszcze większą chęć obrony. Systematyczność jest nierozerwalnie związana z narastającą argumentacją tego, że nie dałem rady zrobić czegoś, mimo że zobowiązałem się wcześniej: w ustalonym czasie zrobię daną pracę… Dramat ciągłej argumentacji i wyszukiwania kolejnych powodów dlaczego wszystko się opóźnia, w pewnym momencie prowadzi do wręcz żenującej i śmiesznej sytuacji. No ale wiesz, mam to i tamto do zrobienia… Powody sypią się jak z rękawa, mistrz wymówek.

Homo systematicus

Jak tutaj zrozumieć człowieka, który wychodzi z inicjatywą fajnego pomysłu, sam proponuje temat i treść, po otrzymaniu wytycznych, że no niestety, wymagana będzie dyscyplina czasowa, materiał musi być dostarczony w konkretny dzień. Słychać potwierdzenie i zgodę na warunki. Pierwszy tydzień wszystko jak w szwajcarskim zegarku, drugi nawet nawet… Długo nie wytrzymał, jak to zwykle bywa w przypadku słomianego zapału, zaczyna się sypanie argumentami i powodami ze względu których nastąpiły opóźnienia.

Taka sytuacja, owszem jest zrozumiała w momencie gdyby pomysł samej inicjatywy nie wyszedł od naszego „systematycznego pisarza”. Tworzy się impas, w którym np. „pracodawca” słyszy od pracownika, który miał w określonym czasie wykonać jakąś pracę, że sorry, nie zrobiłem tego, bo musiałem pomalować dom, wysprzątać pokój itd. itp. Przepraszam najmocniej, ale co to pracodawcę obchodzi, że pracownik miał coś do zrobienia. Do cholery, to „pracownik” wymyślił i sam zaproponował to, co miał wykonać. Przerysowana sytuacja prowadzi do bardzo prostych wniosków: jeżeli się do czegoś zobowiązujesz, to zwyczajnie to zrób, a nie zwalaj to na losowe, dodatkowe zadania, które wytrąciły cię z twórczego skupienia. Jeżeli zgadasz się na warunki, to nikogo to nie interesuje, że miałeś do zrobienia wiele innych rzeczy. Bądźmy poważni… i odsuńmy na bok argumenty typu, że jestem tylko człowiekiem i trzeba mnie traktować z odrobiną szacunku.

systematycznosc_wymaga_2

Nic tak nie wkurza, jak brak systematyczności. Jeżeli ktoś naiwnie sądzi, że ten proces nie jest wymagający, gdzie wiele razy trzeba poświęcić coś na rzecz wywiązania się ze zobowiązań, szczerze nie wiem w jakim taki człowiek świecie żyje. Wszystko kręci się wokół SŁOWA, które zostało rzucone. Tak, prześlę ci materiały we wtorek… Gorzej jest w sytuacji, kiedy to użytkownicy, którzy czekają na kolejny odcinek, muszą odejść z kwitkiem, bo nasz „systematyczny pisarz” musiał pojechać na zakupy, zrobić pranie i dwa miliony innych zadań, które spadły na niego akurat w dany dzień, kiedy miał wykonać to do czego się zobowiązał. Dalej uparcie będę pisał, a co nas to obchodzi… Paradoks jest aż nadto widoczny: osoba, która sama to wymyśliła, nie dotrzymuje słowa… Gdzie tutaj szacunek do SŁOWA? Chyba gdzieś utkwił między kolejnymi argumentami, które każdego dnia są coraz ciekawsze.

Póki co spotkałem jednego człowieka, który wiernie trwa przy swoich zobowiązaniach. A jest nim ojciec Leon Knabit OSB (nie na darmo umieściłem go w serii „Być jak…”), będę uparcie powtarzał – człowiek niezwykły – z bardzo prostego powodu, jeżeli coś powie, do czegoś się zobowiąże, spełni to i traktuje jako święty obowiązek, z pełną odpowiedzialnością i szacunkiem. Trochę to niestosowne, ale pokuszę się aby na zasadzie kontrastu, porównać naszego „systematycznego człowieczka” podkreślając jego śmieszność, do poziomu ojca Leona, który wręcz ugina się od obowiązków, ale co ważne wiernie je wypełnia.

Byłem nie raz świadkiem sytuacji kiedy ojciec Leon będąc na Targach, na stoisku, w międzyczasie kiedy podpisywał swoje książki, pisał na karteczce felieton do Dziennika Polskiego, bo na następny dzień miał go przesłać do redakcji. Prosił kogoś z młodych, żeby mu przepisał na komputerze i przesłał na wskazany adres e-mail. Wiele razy opowiadał, że już resztkami sił siedział po nocy, żeby coś zrobić, bo w danym dniu trzeba było wysłać materiał. Widząc podobne sytuacje zastanawiam się nad przypadkiem naszego „systematycznego człowieka”. I jak tutaj go zrozumieć? Chyba nie ma sensu zagłębiać się w temat, szkoda czasu… Zakończyć to co się zaczęło i niech komu innemu sypie argumentami o swoim „systematycznym zabieganiu”.