Pierwsza reakcja na powyższy tytuł: strach, bo znowu będzie o Wschodzie i medytacji, czyli zło i „diabelskie” moce, które tylko pragną i czekają aż pobożny człowiek zacznie z nich korzystać. Zapominamy o jednym, że i u nas w tradycji rozwijającego się chrześcijaństwa kształtowało się doświadczenie Ojców Pustyni (IV – XV w.), którzy na zasadzie prób i błędów, stworzyli sprawdzone sposoby i techniki modlitwy, które doskonalone przez kolejne wieki przetrwały do dzisiejszych czasów. Tak dla wyjaśnienia, drodzy pobożni wierni, np. modlitwa serca ma swoje początki w nauczaniu m.in. Grzegorza z Synaju, który nawiązywał do nauki Izajasza Anachorety, pisząc o kontrolowaniu oddechu. Z kolei Ignacy i Kalikst Ksantopuloi pisali o modlitwie Jezusowej, bazując na tekstach Nicefora Pustelnika. I zaręczam nie byli to mnisi buddyjscy, czy też hinduscy asceci. Powie ktoś ale ja ich nie znam, kim oni są… Słuszna uwaga. Jak świecki człowiek ma wiedzieć o początkach kształtowania się modlitwy, jeżeli nikt mu o tym nie powie. Katecheza w szkole? Studia teologiczne? Ambona? Śmieszne, nawet słowa o tym nie słyszałem, a jeżeli już, to zdawkowo i oględnie. Patrząc na dzisiejszy Kościół wydaje się, że w dużej mierze, ważny jest tutaj jeden cel: szerzenie i propagowanie folkloru religijnego.

Samo zło

Najczęściej przedstawiciele nurtu, jak to określam „kościółkowej teologii”, najlepiej wiedzą co i jak… i po chrześcijańsku ładnie potrafią przejść od chwalenia Boga do szybkiej oceny innych wiernych, czy też ich poglądów. Najczęściej to właśnie tacy „wierni” potrafią określić wszystko jednym słowem – diabelstwo. Kiedyś zastanawialiśmy się nad przypadkami osób, które zawsze, wszędzie i we wszystkim widzą działanie szatana (różdżka do szukania wody, Harry Potter, joga, korzystanie z technik medytacyjnych itp.). Historia poradziła sobie z nimi, ale mimo wszystko pojawiają się coraz to nowsi „chrześcijańscy guru”. Jest w tym coś niepokojącego kiedy dany mistrz duchowy, o zabarwieniu katolickim, bezwzględnie kategoryzuje wrzucając wszystko do jednego worka. Zastanawia mnie jedno, gdzie u takiego osobnika jest miejsce dla Boga i dostrzeżenie piękna świata i człowieka, jeżeli on we wszystkim i wszędzie widzi tylko działanie szatana?

Parę lat temu Tygodnik Powszechny umieścił bardzo ciekawy tytuł jednego z numerów gazety – „Egzorcyści celebryci”. To, co wcześniej było praktykowane raczej w ukryciu, i taką formę powinno zachować (bardzo dobry zwyczaj, tak dla zachowania pokory), nagle stało się dobrym materiałem, aby wypromować swoją własną osobę. Słuchajcie, dzisiaj wyrzuciłem szatana z pewnej kobiety… Nie korzystajcie z medytacji, ponieważ otwieracie furtkę szatanowi… Było takich paru… Natychmiastowe zachłyśnięcie i o ile dobrze pamiętam, szybko zakończyli swoją przygodę, a wydawali się tacy pełni ducha. Cóż z tego, że jedni przeszli do lamusa, na drugich nałożono kary, jednak ich bolesne słowa oszczerstw zostały i raz po raz dają o sobie znać w ustach wiernych… Wspomnieć chociażby brednie, kłamstwa jakie wypisywano i rozpowiadano na temat odwiedzin buddystów w opactwie tynieckim (ściąganie krzyża, sypanie mandali itp.). Albo sytuacja w czasach kiedy określano wszystko jako pochodzące od diabła i masonów, nawet medalik św. Benedykta otrzymał miano tego złego i skażonego, ponieważ pewien mieszkaniec Grzechyni, dostrzegł swoim duchowym okiem bardzo niebezpieczne symbole anty-chrześcijańskie. Wydaje się, że najgorsze w tym wszystkim jest to, że ów mieszkaniec, paradoksalnie, znalazł całe mnóstwo ludzi, którzy traktowali i nadal traktują jego osobę jako autorytet, a więc w prostej linii mamy ciekawe zjawisko – „ślepa wiara” w ślepego mistrza, który prowadzi ślepych.

Ciemny lud

Miałem okazję, jakiś czas temu, napisać nieco krytycznie na temat jednego z tekstów bpa Siemieniewskiego, który dotknął sprawy medytacji i nauczania Johna Maina OSB. Takich poglądów, które krytykują korzystanie z technik medytacyjnych jest wiele i to nie tylko wśród hierarchów Kościoła. Wychodzi na to, że polscy duchowni chcieliby modlitwy z wyłączeniem udziału ciała. Przecież dziedzictwo św. Augustyna, który określił ciało jako źródło zepsucia i wszelkiego plugastwa, trzeba pielęgnować. Skąd wierni mają wiedzieć, że tenże święty był przez dłuższy czas związany z manicheizmem, co bezpośrednio wiązało się z jego poglądami na sferę cielesną człowieka. Pokazuje to sprawny system ideologizowania pewnych subiektywnych opinii, nawet w przypadku osób kanonizowanych. Ciemny lud i tak będzie ślepo szedł do przodu, bez jakiejkolwiek refleksji… przecież to znany i poważany Ojciec Kościoła, który nie mógł się mylić. Sprawdzają się tutaj słowa: Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Bolesny jest fakt, że to właśnie ten ciemny lud ma najwięcej w tym temacie (korzystania z technik modlitewnych) do powiedzenia i oceniania tych „inaczej” myślących. A wystarczy tylko nieco więcej poczytać, a jeżeli i tego nie potrafimy, to jakim prawem wyrzucamy z siebie jad oszczerstw i kłamstw?

Na początku napisałem, że związek modlitwy z pewnymi technikami jest tożsamy z tradycją chrześcijańską (gdzie znajdziemy wyraźne nawiązania w temacie: postawy, oddechu i kontroli myśli). A więc skąd ciągłe oburzenie? Dlaczego jesteśmy tak bardzo uprzedzeni do postaw, które np. stosują w medytacji chrześcijańskiej (wyprostowany kręgosłup, wpatrywanie się w jeden punkt, powtarzanie formuły modlitewnej). Przecież każdy zdrowo myślący człowiek wie, że technika ma służyć i pomagać, a nie być celem samym w sobie. Okazuje się, że nawet Ojcowie Pustyni byli w tym względzie bardziej otwarci. Z czego to może wynikać? Nasuwa mi się jeden bardzo prosty wniosek: nie byli tak bardzo „oblepieni” formułkami, panującym folklorem religijnym i wątpliwymi autorytetami. Byli czyści, mieli jasny umysł. W chwili kiedy komplikujemy wiarę mnogością teorii, gdzie każdy duchowny próbuje być lepszy od drugiego, wprowadzając wiernego w coraz to nowsze formy wyrazu, nie liczmy na to, że w tym gąszczu odnajdziemy harmonię. Człowiek podświadomie dąży do uporządkowania, dlatego wydaje się słuszny fakt, że coraz więcej osób dostrzega czy to medytację chrześcijańską, czy też sięga po pierwotną formę, jak chociażby modlitwę Jezusową, z zachowaniem zasad i technik, które okazują się nie tylko pomocne w samej praktyce, ale również wprowadzają ład i pokój. Fundamenty tych praktyk są uniwersalne – wyciszenie i oczyszczenie z myśli. To przemawia i nie dziwię się, że dzisiejszy człowiek odczuwa potrzebę takich wartości. Przesyt informacji, możliwości i ciągłe rozgadanie, prowadzi do jednego – do głodu prostoty.

siedz_nieruchomo_2

Zastanawiając się nad sprawą strachu niektórych polskich duchownych przed „technikami”, które jeszcze raz powtórzę, mają swoje źródło w tradycji chrześcijańskiej, dochodzę do jeszcze jednego, bardziej przyziemnego wniosku – a który związany jest z obawą hierarchów o utratę pewnej pozycji w oczach wiernych, a tym samym pośrednio stałych przychodów materialnych. Kiedy nie wiadomo o co chodzi, zawsze chodzi o kasę. Można się zastanowić co by było, gdyby ludzie masowo zaczęli praktykować w swoich domach czy też wspólnotach prywatnych modlitwę Jezusową lub medytację chrześcijańską, rezygnując z folkloru religijnego, który serwuje Kościół (Gorzkie Żale, Droga Krzyżowa, noce uwielbień przy gitarze i bębenkach itp.) Można gdybać… wniosek nasuwa się jeden: rewolucja i dogłębna zmiana, na takie coś Kościół nie może sobie pozwolić, dlatego zaciekle broni „bastionów ortodoksyjności”, bazując głównie na strachu wiernych, żeby przypadkiem nie wyjść „poza” utarte schematy i zwyczaje. Jakże byłoby to piękne – moment kiedy człowiek się wycisza, uprząta swój umysł z wszelkich obrazów i myśli, wchodzi w stan skupienia i obecności, zwyczajnego trwania tu i teraz. Śmiem twierdzić, że wprowadziłoby to więcej pokoju w naszych polskich stosunkach międzyludzkich, a tym samym polepszeniu jakości i uporządkowania naszego życia. Z drugiej strony można wybrać inną opcję – rozgadanie, rozśpiewanie, natłok myśli, pusty emocjonalizm – jednym słowem człowiek, który szuka wyciszenia, wychodzi z takiego Kościoła jak z dobrze przygotowanego straganu, który ładnie ustrojony świecidełkami i skaczącymi małpkami – cieszy oko i tyle. Nie mówiąc już o ciągłym zalewie słów, dewaluacji ciszy i marnej jakości kazań. Od nas zależy co wybierzemy… jesteśmy wolni.

Nie ma co liczyć na to, że duchowni zaczną mówić, czy też nauczać na temat źródeł modlitwy i możliwości pewnych technik, takie czasy nie nadejdą. To nie jest po linii biznesowej uświadamianie wiernych, lepiej żeby pewne zasłony pozostały nietknięte. Przypomina się obraz konia z klapkami, który chodzi w kołowrocie. Klapki zabezpieczają, aby wierny szedł „pobożną” drogą, tą jedyną, a wszystko co jest poza, pochodzi od diabła. Pamiętajmy o jednym, aby paradoksalnie nie okazało się, że podcinamy gałąź na której sami siedzimy. Warto zdjąć klapki i wejść za zasłonę, może wreszcie sięgniemy do źródeł, o których niejednokrotnie mówią do nas z ambony. Źródeł autentycznych, a nie bigosu zwanego „folklorem”, który dobrze przyrządzony i regularnie podawany, kształtuje ciemny, bezrefleksyjny lud.

Poniżej przesyłam parę fragmentów z książki „Filokalia. Teksty o modlitwie serca”, o których pisałem we wstępie, a w których znajdziecie wyraźne nawiązania do związku ciała z modlitwą, czyli o tym jak to Ojcowie Pustyni nauczali techniki modlitwy:

 

Zatem usiądź, skup swój umysł, wprowadź go drogą, przez którą tchnienie wchodzi do serca. Nakłaniaj go i zmuszaj, aby zstąpił do serca wraz z wdychanym powietrzem. Gdy wreszcie tam się znajdzie, wtedy we wszystkim, co później nastąpi, nie będzie nic niemiłego czy nieradosnego. Jak mąż, który przebywał z dala od domu i po powrocie nie posiada się z radości, że dane jest mu znów widzieć dzieci i żonę, tak też i umysł, gdy połączy się z duszą, napełnia się niewysłowioną rozkoszą i weselem.

Jeśli zaś, bracie, mimo wielkiego wysiłku, nie zdołasz wejść do wnętrza serca, tak jak ci nakazaliśmy, wtedy uczyń, co ci teraz powiem, a z Bożą pomocą odnajdziesz to, czego szukasz. Wiesz, że w piersi każdego człowieka znajduje się zdolność rozumowania. Tam właśnie, wewnątrz piersi, nawet gdy usta nasze milczą, rozmawiamy i zastanawiamy się, zanosimy modlitwy i psalmy, i czynimy wiele innych rzeczy.

Z tego ośrodka rozumu pozbądź się zatem wszelkich myśli. Potrafisz to uczynić, jeśli będziesz chciał. Podaj mu wówczas wezwanie: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”. Przymuszaj go, by zawsze mówił je w twym wnętrzu, jednocześnie wyłączając wszelką inną myśl. Jeśli w tym wytrwasz przez pewien czas, to otworzy ci się wejście do serca, jak ci pisałem, bez żadnej wątpliwości. Sam poznałem to z do­świadczenia (Nicefor Pustelnik)

 

Czasami jak najdłużej siedź na stołku, gdyż wymaga to trudu. Czasami, ale rzadziej, wyciągnij się na chwilę na posłaniu, by odpocząć. Powinieneś siedzieć cierpliwie, ze względu na Tego, który powiedział: Trwajcie gorliwie na modlitwie. I nie należy powstawać zbyt szybko przez niedbałość, nawet jeśli wewnętrzne wołanie umysłu i ciągłe trwanie sprawiają uciążliwy ból. Mówi wszak Prorok: Boleści mnie ogarnęły jak rodzącą.

Pochyl się zatem ku ziemi, skupiając umysł w sercu, jeżeli tylko się otworzy i wzywaj na pomoc Pana Jezusa. Gdy będziesz odczuwał ból w ramionach i nawet zaboli cię głowa, trwaj niestrudzenie i z miłością, szukając w swym sercu Pana. Królestwo Boże należy bowiem do ludzi gwałtownych i oni je zdobywają. W słowach tych Pan prawdziwie ukazał, w jaki sposób powinniśmy podejmować trudy. Cierpliwość i wszelka wytrwałość dają jednak moc ciału i duszy (Grzegorz z Synaju)

 

Dobrą i, jak się wydaje, bardzo pożyteczną rzeczą jest przedstawienie najpierw naturalnej metody błogosławionego Nicefora. Wskazuje ona, jak wejść do serca drogą oddychania, usiłując w ten sposób doprowadzić do skupienia intelektu.

Ten Boży mąż, poza wieloma innymi stwierdzeniami opartymi na pisemnych świadectwach świętych autorów, mówi, co następuje: „Wiesz, że oddychamy powietrzem, które wdychamy i wydychamy, ze względu na serce…”.

A nieco dalej pisze: „Powinieneś jednak pamiętać o tym, byś od momentu, gdy twój umysł znajdzie się w sercu, nie pozostawał milczącym i bezczynnym. Wciąż natomiast miej w pa­mięci i rozważaj to wezwanie: «Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną!» Niech umysł nigdy nie ustaje w ta­kim działaniu! To uchroni go od trosk i rozproszeń, uczyni nieuchwytnym i niedostępnym dla podszeptów szatana, a nadto, każdego dnia, będzie go wznosić ku miłości i pragnieniu Boga” (Kalikst i Ignacy Ksantopuloi)

 

Reasumując: jeżeli „folklor religijny” to twój styl, lubisz takie klimaty, taka formuła zbliża cię do Boga – nie mam nic przeciwko temu, żyj sobie z tym… tylko prosiłbym o jedno: nie oceniaj innych, którzy korzystają z innych technik i sposobów modlitwy w nurcie chrześcijańskim; nie kategoryzuj, nie mów że ktoś otwiera furtkę szatanowi, bo tak powiedział jakiś „oświecony kapłan”. Nie krytykuj tylko z tego powodu, że przeczytałeś jeden artykuł w Internecie i naiwnie myślisz, że wszystko jest albo czarne, albo białe. Jeżeli chcesz podjąć temat, popatrz na sprawę z szerszej perspektywy, rzeczywistość jest znacznie bogatsza, ale wymaga odrzucenia „klapek” jakie nosisz. Poczytaj, zacznij szukać, a nie pluj jadem złości na lewo i prawo. I jeszcze raz powtórzę, jeżeli i tego ci się nie chce, zwyczajnie zastosuj zasadę: MILCZENIE JEST ZŁOTEM. A będzie nam się żyło lepiej…