Słyszałem: człowiek potrzebuje uporządkowania. I chyba to prawda…, co rusz czytam nagłówki w stylu: 10 sposób na… i dobrze to pasuje do problemu: jak pozbyć się komarów w pokoju itp. Sprawa wygląda gorzej gdy podobne nagłówki widzę w treściach dotyczących spraw duchowych. Coś mi tutaj nie gra, a chodzi mi w tym przypadku o redukcję wartości istotnych do tylko paru punktów. Nie jestem pewien czy przejmując styl tabloidowy na grunt duchowości, nie robimy większego zamieszania niż powinniśmy. Redukowanie rzeczywistości głębszej i skomplikowanej, którą w zasadzie należy rozpatrywać jednostkowo, prowadzi do rozmycia tego, co stanowi o jednym z ważnych aspektów życia.

Złoty środek?

Złoty środek, to jest to, czego pragniemy, jedni w sposób świadomy; drudzy uparcie twierdząc, że nie ma czegoś takiego jak równowaga. Wybitne jednostki twierdzą, że jest tylko ciało i nic więcej… co już u podstaw zdaje się pozbawione logiki. Mimo mojego dystansu do religii, określanej jako coś, nie mieści mi się w głowie, że człowiek to tylko byt ziemski. Gdy pojawia się refleksja na temat końca, śmierci, nie potrafię przyjąć do wiadomości niektórych argumentów w stylu: po drugiej stronie nie ma nic. Taki punkt widzenia tworzy wizję życia, którego głównym motywem jest udręka i depresja, stąd próby wyswobodzenia się z tej sytuacji za pomocą różnych środków czy też ośrodków. Jakoś to do mnie nie przemawia i jeżeli mam wybierać z lady sklepowej to kupuję wersję, w której mam zapewnione życie wieczne, bez względu na argumentację która za tym stoi.

Dla jednych życie cnotliwe, inni mówią o karmie, kolejni o doskonałości. Jedno jest pewne, wszyscy stoimy przed zadaniem, w którym staramy się przeżyć nasz pobyt na ziemi jak najlepiej. W tym wszystkim dochodzimy do kwestii równowagi, którą rozumiem jako brak podziałów, jako naturalne przenikanie się dwóch płaszczyzn. Rzeczywistość fizyczna i duchowa stanowią jedno. Nie ma rozdziału, że teraz pracuję, a potem odpoczywam; lub modlę się i to znaczy, że nie pracuję… W historii chrześcijaństwa utarł się pewien sposób, który teraz postrzegam jako bardzo roztropny, w którym jeżeli chcesz znaleźć pewne odpowiedzi, musisz się cofnąć do początków, do czasów kiedy wypracowano w zasadzie wszystko co dotyczy życia duchowego. Krótka dygresja: otóż dochodzi dzisiaj do przedziwnej sytuacji: zachwycamy się św. Faustyną, czy też ostatnio ks. Dolindo… mimo tego, że treści, które głosili to tylko przypomnienie tego, co już było. I nie podważam tutaj jakości głoszonych prawd przez te osoby, ale przeraża mnie postawa ludzi, którzy przyjmują te nauki jako coś, co dopiero teraz zostało odkryte, a wręcz objawione ludzkości. Bo dlaczego mamy uświadamiać klienta, że o miłosierdziu, co rusz czytamy w Biblii, a o krótkim wezwaniu do Jezusa była już mowa kiedy kształtowała się tradycja modlitwy Jezusowej. Oczywiście lepiej podchodzić do sprawy tylko od jednej strony. Wtedy pojawiają się i cuda, i niezwykłe właściwości…

rownowaga_1

Był czas kiedy Europa doznała odrodzenia duchowego kiedy św. Benedykt zostawił swój testament w postaci Reguły. Na lekcjach historii słyszymy sławne hasło: ora et labora. Złoty środek z tradycją ponad 1500-letnią. Równowaga pomiędzy fizycznością i duchowością. Zawsze podkreślam wielką wagę tego i, które stanowi o zachowaniu odpowiedniego balansu, aby nie upaść w jedną ze skrajności: pracoholizm lub dewocję. Sytuacja wymyka się spod kontroli, kiedy zaczynamy kombinować. Wtedy nie ma problemu z takimi sytuacjami, kiedy dla większej chwały Bożej wychodzę wcześniej z pracy, lub dla zachowania zasady aby we wszystkim Bóg był uwielbiony opuszczam wyznaczony czas na modlitwę. Okazuje się, że każdy ma swoje złote coś, bo o środku nie ma tutaj mowy. Przenosząc to na grunt bardziej świecki, mamy tytanów pracy, którzy ciągną całość, a obok nich pojawiają się i tacy, którzy uważają, że to, co robią, uchodzi za miano heroicznego poświęcenia. Wydaje mi się, że weryfikatorem pierwszej jak i drugiej postawy, jest wewnętrzna postawa (która paradoksalnie, jest bardzo widoczna i wyraźna): w pierwszej sytuacji spokój i zadowolenie, brak jakichkolwiek pretensji i oczekiwań, milczenie które ukazuje spełnienie; w drugim przypadku nieustanne zaznaczanie swojej heroiczności i groteskowe dopominanie się swoich praw.

Człowiek zrównoważony wie co robi, i wie również o swojej wartości. Nie musi tego wyjęczeć, jest w tym jakiś przedziwny pokój, który z czasem prowadzi do ustawienia wszystkiego w jak najlepszym porządku. Wtedy nie ma już, że jestem przepracowany  lub przemodlony. Wszystko rozwija się bardzo powoli i dochodzimy do upragnionego uporządkowania.