Tytuł skrótowo ukazuje pewną tendencję – uogólniania. Sam często tak robię, jednak na poziomie pewnych idei, pojęć i zachowań. Jeżeli chodzi o konkretne wydarzenia, potrzeba nieco głębszego zastanowienia i refleksji, żeby móc coś skomentować czy też wyrazić opinię. Spojrzeć z kilku perspektyw, zebrać informacje również i z tej „lewej” strony. Ze wszystkich najbardziej lubię takie wypowiedzi jak te dwa pierwsze komentarze pod moim wpisem na Facebooku.

Cudowni ludzie jednego artykułu, jednej książki i jednej opinii, korzystający oczywiście z tego jedynego medium prawdomównego i właściwego. Specjaliści od wszystkiego. Przyjąłem ten komentarz na „klatę”. Puknąłem się w czoło, i zginąłem „za poglądy”. Zapytałem autorkę o sprecyzowanie określenia „zginęli za poglądy”. Otrzymałem odpowiedź, sami oceńcie czy jest to coś konkretnego. Moim zdaniem stwierdzenie: „preferowali Polskę patriotyczną…” jest tak ogólne, że można je odnieść do każdego rządzącego (nie wchodzę tutaj na grunt osobistych preferencji i opcji politycznej). Z kolei poglądy, dla których się ginie, to konkretna droga, jasna wizja i sprecyzowane pojęcia, które realizuje się przez całe życie (przykład z innego środowiska np. poglądy Gandhiego). Pisanie, że Lech Kaczyński zginął za poglądy patriotyczne jest tylko potwierdzeniem tego, co pisałem na początku tego akapitu.

Wpis traktuję bardzo poważnie, z bardzo prostego powodu, miałem okazję o tym już pisać, i powiem to jeszcze raz: nie akceptuję tego, że „kanonizujemy” to, czego nie powinniśmy. Smoleńsk stał się ikoną przed którą klękamy i padamy na czoło, a przynajmniej tak powinniśmy robić. Czekać aż wejdzie to w skład głównych prawd wiary czy też przykazań kościelnych. Czyżby Polska XXI wieku tak bardzo potrzebowała męczenników? Wychodzi na to, że tak. Skoro tego tak bardzo pragniemy, no cóż… dlaczego nie zrobić sobie z państwa Kaczyńskich coś w rodzaju „świadków, którzy zginęli za poglądy”. Cały czas pozostawiam pytanie otwarte: ZA JAKIE poglądy? Kolejną płaszczyzną dramatu jest fakt, że cała sprawa została polana pobożnym sosem pewnych środowisk. Efekt jest taki – tragedia smoleńska i wszelkie opinie na jej temat zostały poddane „dogmatyzacji”, a z dogmatami się nie dyskutuje. Chyba że chcesz być uważany za społecznego heretyka.

Spotkałem się z określeniem (które już chyba przytaczałem), że jedyną zasługą Lecha i Marii Kaczyńskich był fakt „że zginęli”. I nie ukrywam, że jest to bolesna prawda, która tak bardzo „piecze w oczy” wielu Polaków. Po tragedii pozostała świadomość nijakości rządów Lecha Kaczyńskiego, a jako naród, który potrafi, byliśmy zmuszeni zatkać tę nijakość męczeństwem za niby-poglądy – w takim układzie to wygląda lepiej (i tak stopniowo rozpoczął się proces stygmatyzacji). Już nie ponawiam pytania: ZA JAKIE poglądy? Bo trudno o rzeczową odpowiedź. Z mojego punktu widzenia Polakom ciężko było przyjąć prawdę, że po prostu zginęli tragicznie i tyle, bez ubierania tego w zasługi, których nie ma. Był czas żałoby i pewnej straty, ale na miłość boską ileż można mielić jeden i ten sam temat.

Czuję ból żołądka ilekroć widzę nagłówki „Szczątki dwóch innych osób w trumnie Lecha Kaczyńskiego”… Wystarczy tylko wspomnieć o tym z lekką nutą szyderstwa, chwilę później pojawiają się oskarżenia o bezczeszczenie zwłok prezydenta (niektórzy piszą wielką literą prezydenta, ale okazuje się, że nie był on taki wielki). Teraz tylko czekać na przygotowanie stosu i rzucenie pochodni.

Z drugiej strony traktuję to wszystko jako dobry spektakl / kabaret / dramat (niepotrzebne wykreślić), dochodząc do prostych wniosków: nie potrzeba rozbiorów, my sami potrafimy się ładnie podzielić. Pytanie brzmi: o co my tak walczymy? O słowa, pewne określenia? Bo chyba nie chodzi o prawdę… Wskazanie kozła ofiarnego, który będzie dźwigał brzemię odpowiedzialności? Kiedyś Mariusz Max Kolonko powiedział w jednym ze swoich programów o stałej praktyce w polityce, pewnej tendencji, mianowicie: jeżeli ludzie z rządu chcą, w gładki i sprawny sposób przepchnąć pewne ustawy, wykonać pewne manewry polityczne, przygotować grunt pod np. dyktaturę, a które wymagają działania za plecami narodu; robią bardzo prostą rzecz: rzucają temat / wydarzenie, jak rzuca się kość kundlowi, tłum łapie i ma pożywkę na dłuższy czas. Chciałbym się mylić. Oby nie było tak w przypadku gorącego tematu, czyli kościoła smoleńskiego pod wezwaniem świętych Lecha i Marii Kaczyńskich. Oby… ale to i tak ogólniki, więc po co się nimi zajmować.

 

puknij_sie_w_glowe_2

Adoracja Tupolewa? Dlaczego nie… jest poświęcenie i pobożna niewiasta, czyli wiara w polskim kościele. Amen.

 

P.S. Przy okazji kwestii kanonizowania, przyszła mi do głowy pewna refleksja wokół tematu od którego dostaję białej gorączki – folkloru religijnego. Dzisiaj po wielu obserwacjach i komentarzach stwierdzam jedno: duża część ludzi wierzących to naród kapliczek, figurek, ołtarzyków, tupolewików itp., który twardo klęczy w swoich imiennych ławkach, każdy ma swoją Matkę Boską, czy też Chrystusa. Wielu oburza się moją postawą, tak bardzo agresywną w kierunku tego, co widzimy w polskim Kościele. Dzięki tym obserwacjom jestem w stanie zrozumieć niezwykłe zjawisko, którego do tej pory nie mogłem pojąć, skąd w człowieku-chrześcijaninie taka ambiwalencja postaw i zachowań? Kilka obrazów: wierzący wychodząc z kościoła potrafi drugiemu wbić nóż w plecy (w znaczeniu przenośnym), czy też scenka na dziedzińcu kościelnym, gdzie jedna babcia z drugą obgadują „tę ladacznicę”. Moment kiedy z taką łatwością donosimy jedni na drugich, a w pracy potrafimy skutecznie sobie wytłumaczyć swoje oszustwa, czy zaniedbania; jedno jest ważne, aby w swojej ławeczce zachować odpowiednią postawę. To jest właśnie społeczeństwo, które pomyliło sobie wiarę z folklorem religijnym. W chwili kiedy zapatrzony jesteś na formę, umyka ci Podmiot, istota wiary, dlatego nie dziwi fakt, że patrząc na tego „drugiego” (o którym słuchamy z ambony jako bliźni), nie widzimy podmiotu tylko formę i jego czyny (przypomnijcie sobie scenę spotkania kobiety marnotrawnej z Jezusem, którą się tak wszyscy zachwycają, szkoda że nie jest traktowana jako osobisty wyrzut sumienia). W sytuacji kiedy Podmiot / podmiot zostaje zepchnięty, a wręcz usunięty z pola widzenia, zaczynamy wierzyć w formę, czyli to, o czym tutaj mówię, czysty folklor religijny, który zdecydowanie nie jest związany z autentyczną wiarą. W prostej linii dla takiego człowieka nie jest problemem być na Mszy św., a wracając do domu wykorzystywać psychicznie i fizycznie swoją żonę i dzieci; nie ma problemu i zgrzytu kiedy jedna z drugą oczerniają trzecią; kiedy pijak otwiera kolejną flaszkę na oczach syna, a nie tak dawno był na sumie. Forma nie wymaga, w nią się tylko wpatruje, ale nic z tego nie wynika. Dopiero sięgnięcie głębi, dostrzeżenie podmiotu / Podmiotu doświadczamy, że ten „drugi” to człowiek i warto może zmienić swoje podejście. Pozostając na poziomie formy, jeszcze raz to powtórzę, nie dziwmy się, że człowiek to tylko połączenie pożądliwości i popędliwości.

Cały czas w tych rozważaniach kręcę się wokół idei wolnego wyboru, gdzie każdy ma prawo do takiej, a nie innej drogi. O jedno mi chodzi: żyjmy świadomie i nie określajmy czegoś wiarą, co taką nie jest; i druga sprawa: na siłę nie przyklejajmy łatki „święte” do wszystkiego, co nam pasuje…

I już naprawdę ostatnia sprawa. Ktoś napisał, oburzony po przeczytaniu wstępu do mojej książki „Ponad kastami… Ponad podziałami”: dlaczego nic nie podałeś praktycznego co pozwoliłoby wyjść z tej ławeczki? Czy potrzeba tutaj górnolotnej listy punktów jak to należy zrobić? Jedno jest ważne: potrzebna jest tutaj odwaga, a kolejnym etapem jest powstanie i wyjście z ławeczki. Kierując się w stronę drzwi poczujesz świeży powiew powietrza, a w momencie otwarcia drzwi zobaczysz to, co wcześniej było ukryte. Oczywiście jeżeli się odważysz, miej na uwadze, że większość z tłumu to tchórze. I tyle…