Temat dzisiejszej rozmowy jest omijany szerokim łukiem. Co z tego, że duża część ludzi żyje samotnie. Jedni przyjmują ją bo muszą, inni chcą, bo im tak wygodnie, jednak problem pozostaje. Postanowiłem zapytać doświadczonego mnicha – Ojca Leona co o tym sądzi i jakie jest Jego zdanie o samotności.

Zakonnik to ten, dla którego życie samotne to coś normalnego, dlatego wydaje mi się, że zestaw pytań do takiej osoby jest wskazany i mogę liczyć na obiektywne odpowiedzi w tych kwestiach,  dodatkowo podparte osobistym doświadczeniem wielu lat życia w klasztorze.

Jacek Zelek: Kilkadziesiąt lat w klasztorze. Jest Ojciec najbardziej znanym zakonnikiem w Polsce. Tysiące spotkań, konferencji itd. Czy to nie przeszkadza w zachowaniu życia samotnego?

Leon Knabit OSB: Trzeba pamiętać, że mnisi, to cenobici, a więc ludzie żyjący razem, a nie pustelnicy – samotnicy. Święty Benedykt pisze Regułę dla wspólnoty, w której żyją próbujący w oparciu o tę wspólnotę odnaleźć egzystencjalną samotność człowieka – pyłku wobec Boga – Nieskończoności.

Określenie mnich pochodzi od słowa monachos, czyli ‘sam’, ‘jeden’. Czy zdarzają się takie chwile, że czuje się Ojciec samotny, mimo wspólnoty, która jest wokół?

Takich chwil nie mam. Mówię, że mnich  nigdy nie jest sam. Jest nas Piątka: ja i mój Anioł Stróż oraz Trzy Osoby Boskie.

Na brak towarzystwa Ojciec raczej nie narzeka.

Nie! I jest pewna równowaga. W klasztorze nie odczuwam potrzeby dłuższej rozmowy z kimkolwiek. Wystarczają mi kontakty w chórze, rekreacje i dziesiątki przelotnych spotkań z Braćmi po drodze – małe załatwiania. A do Gości indywidualnych czy grupowych nie wychodzę wbrew pozorom zbyt często. Nie szukam okazji, by się spotkać Z KIMŚ LUB Z TŁUMEM.

Jest taki piękny cytat: Samotność to miejsce, które warto odwiedzić, ale nie warto zostać tam dłużej.

Popieram jak najbardziej. Z tym, że potwierdzam wcześniejszą opinię: Prawdziwie wierzący nigdy nie jest sam.

Z drugiej strony jest też straszne zdanie: Najgorsze, co może spotkać człowieka, to żyć i umrzeć w samotności, nie kochając i nie będąc kochanym. Można i do takiego stanu dojść.

Takich ludzi nie jest za dużo ale przecież są. Trzeba ich dostrzec, a może i wyszukać (na obrzeżach!). Obdarzyć szczerą miłością, nie koniecznie emocjonalną. W nich jest też Jezus, Któremu pomagamy.

W opactwie tynieckim mnisi mogą sobie „skorzystać” z dni skupienia, takiego czasu wyciszenia i samotności. Wychodzi na to, że człowiek podświadomie szuka odejścia od „szumu codzienności”, kolegów i koleżanek, jednym słowem, potrzebuje samotności.

Każdy normalny człowiek potrzebuje od czasu do czasu zwolnić tempo. Po to jest chociażby urlop. Ludzie wierzący odchodzą na mniej lub bardziej zamknięte rekolekcje. Organizowane są też i dni skupienia. Człowiek który zostawia na boku większość zaangażowań, a często i wszystkie, by być  zupełnie sam, ma czas na spokojne przyjrzenie się sobie, uporządkowanie zaległości i przygotowanie się do decyzji, które wkrótce będzie musiał podejmować. Klasztor idzie po tej samej linii; normalne życie we wspólnocie wymaga od czasu do czasu „rozluźnienia cięciwy”…

Był kiedyś czas, że zajmował się Ojciec młodymi zakonnikami, którzy przygotowywali się do życia w klasztorze; również był Ojciec przełożonym. Jakie były najczęstsze problemy związane z samotnością, które dotykały Ojca współbraci?

Ciekawe, nie przypominam sobie, by młodzi mnisi, którzy byli w okresie pierwszej formacji mieli problemy z samotnością. Widać obecność parudziesięciu współbraci na początek wystarczała. Potem już mogło być różnie.

Bywa tak, że rozwiązaniem kwestii życia w ciszy i samotności staje się ucieczka w przesadną aktywność: ważne, żeby o tym nie myśleć… Ostatecznie i tak człowiek musi stanąć twarzą w twarz z tym problemem. Teraz powstaje pytanie: czy nie będzie za późno?

Nie spotkałem się z tym problemem, choć nie przeczę, że może zaistnieć.

W Biblii osoby, które dla Boga odrzuciły życie w związku małżeńskim, są stawiane za wzór. Czy samotność to wyższa forma życia? Jednak nie dla każdego?

Człowiek jest stworzony do bycia we wspólnocie. Nie dobrze jest być człowiekowi samemu. Jezus posyła uczniów po dwóch, bo miłość może zaistnieć przynajmniej między dwojgiem (Bo do tanga trzeba dwojga). Trzeba pamiętać, że często bycie w pojedynkę jest nie chciane i nie zawinione. Ale Pan Bóg może też powołać kogoś do życia w samotności – dla jakiegoś określonego celu – albo dla Boga samego albo dla ludzi…

Św. Benedykt w swojej Regule anachoretów, czyli pustelników, stawia jako najwyższą formę życia zakonnego.

No tak, bo tutaj „partnerem” człowieka jest tylko Bóg – bez ludzi. Można powiedzieć, że jest to kontakt na najwyższym szczeblu. A Bóg przyjęty absolutnie i radykalnie wypełnia duszę całkowicie, nie pozostawiając miejsca na samotność.

Wychodzi na to, że życie samotne wymaga pewnej dojrzałości i przygotowania.

Tak, człowiek nieprzygotowany i nastawiony raczej na bycie w większym lub mniejszym „tłumie”, może sobie zupełnie z samotnością nie radzić.

W związkach małżeńskich również panują tzw. „ciche dni”, które często się wydłużają i kończą się separacją.

Dzieje się to zwykle wtedy, kiedy małżonkowie nie rozwiązują natychmiast zaistniałych problemów. Uważają, że to przyschnie. A często nie przysycha i zaczynają czuć się sobie obcy. Czasem udaje się to w porę naprawić.

Jednak „okresowa” samotność jest potrzebna każdemu. Człowiek potrzebuje uporządkowania. Przebywając sam ze sobą może odnaleźć harmonię i rozwiązać wewnętrzne problemy.

To jest samotność zaplanowana. Człowiek w każdym stanie i zawodzie powinien tak sobie zaplanować czas, by wyciszyć się i uporządkować. W klasztorze jest obyczaj indywidualnego miesięcznego dnia skupienia. Takie czerwone światło, kiedy wyłączamy niekonieczne prace i spotkania, by pobyć bardziej ze sobą habitare secum, jak mówiono o św. Benedykcie. Taką rolę może też spełniać część mądrze zaplanowanego urlopu.

Czy w pewnych przypadkach samotność (separacja) może pomóc w uratowaniu związku dwojga ludzi?

Chyba tak, jeśli zostając sami ze spokojną refleksją, widzą, że kłopoty płynące z bycia razem były spowodowane tylko emocjami i nieporozumieniami, a właściwie życie bez drugiej, tej właśnie połowy nie ma sensu.

Panuje pogląd, że samotność jest nienaturalnym stanem. Czymś złym?

Żeby była czymś naturalnym, Pan Bóg nie byłby stworzył Ewy.

Na potrzeby rozmowy możemy chyba dokonać pewnego podziału: na samotność pozytywną i negatywną. Pierwsza rozwija, a druga niszczy człowieka. Co Ojciec sądzi?

Tak, to wynika z tego wszystkiego, o czym żeśmy dotąd rozmawiali.

Co Ojciec mówi ludziom, którzy przychodzą i skarżą się na swoją samotność?

Trochę mnie to dziwi, ale niewiele osób rozmawia za mną o samotności. Jeśli tak, to niektórym wystarcza pamięć o nich w modlitwie i odezwanie się od czasu do czas telefonicznie lub e-mailowo. Wierzącym mówię, że nie są sami, bo zawsze z nimi jest ich Anioł Stróż i Trzy Osoby Boskie. I to nie jest zepchnięcie problemu, bo tak jest.

Wydaje mi się, że kobiety bardziej przeżywają opuszczenie i osamotnienie niż mężczyźni. Patrząc z perspektywy doświadczenia duszpasterskiego, Ojciec też tak sądzi?

Chyba tak, gdyż kobiety przywiązują się bardziej emocjonalnie, sercem. Mężczyźnie jest łatwiej znaleźć pocieszenie – inną osobę, zajmującą pracę; choć niekiedy przeżywają osamotnienie równie głęboko.

Najczęściej „samotność” dotyka najstarszych. To oni są odrzucani i zepchnięci na margines społeczny.

Czy „najczęściej”? Trzeba by zrobić dokładny obiektywny sondaż. Zależy tu wiele od otoczenia oraz od umiejętności człowieka znalezienia się w nowej sytuacji, a wiadomo, że dość często i młodzi czują się wyobcowani i samotni w tłumie.

Domy spokojnej starości to wizja dość pozytywna. Przebywając tam, starszy człowiek nie jest pozbawiony towarzystwa. Gorzej jak „staruszek” zamyka się w czterech ścianach i tyle.

W DPS-ach na ogół panuje niezła atmosfera, dobry personel wie, co robić, by starszy człowiek był aktywny i czuł się wciąż potrzebny. Zamykanie się w czterech ścianach, to znak głębokiego zranienia, albo mniej czy bardziej zaawansowanej choroby psychicznej. Warto takich ludzi otoczyć modlitwą i szczególną troską.

103

fot. Robert Krawczyk

Czy samotność jest źródłem „dziwactw”? Jest coś takiego, że najczęściej starzy kawalerowie lub stare panny wchodzą w stan różnych przyzwyczajeń, np. zbieractwo, zaniedbanie, brak higieny, sknerstwo itp.

Można powiedzieć, że starokawalerstwo czy staropanieństwo to jest bardziej stan ducha niż stan cywilny. Wielu jest dziwaków płci obojga, żyjących w stanie małżeńskim. Ale oczywiście samotność nie chciana sprzyja powstawaniu różnych dziwactw.

Chyba chodzi tutaj o zapełnienie wolnego czasu, który pozostał osobie starszej. Stąd ucieczka w różne dziwaczne przyzwyczajenia.

Niektórzy starsi ludzie cieszą się wolnym czasem i umieją go sobie wypełnić z pożytkiem własnym i dla otoczenia. Niektórym można podsunąć możliwość rozmaitych zajęć pożytecznych, a przynajmniej terapeutycznych. A są i tacy, którzy nie umieją lub nie chcą korzystać z wolnego czasu i po prostu dziwaczeją.

W książce „Dusza z ciała wyleciała. Rozmowy o śmierci i nie tylko” rozróżnia Ojciec pojęcie samotności i osamotnienia.

Tak, samotność, to łagodniejszy stan. Może być przez człowieka wybrany, może się też w każdej chwili skończyć. A osamotnienie, to stan narzucony przez warunki życiowe. Nie ma do kogo pójść, nie ma do kogo zadzwonić.

Inaczej wygląda sprawa wdów i wdowców. Co z nimi? Nowy związek? Czasami wygląda to dość komicznie, gdy widzimy 70-latka, który bierze ślub z 30-latką?

Odnowiła się dzisiaj instytucja wdów konsekrowanych, które swoje wdowieństwo na mocy szczególnej konsekracji oddają całkowicie na służbę ludziom w Kościele. To naprawdę piękna i sensowna sprawa. Nie wiem, czy są wdowcy konsekrowani. Ale powtórne małżeństwo, uznane także przez św. Pawła, jest często bardzo udane. Różnica wieku wydaje się niekiedy komiczna, ale jeśli takie małżeństwo ma za podstawę szczerą miłość, a nie, jak to dość często bywa, pieniądze, to oby takich małżeństw było jak najwięcej.

Młodzi ludzie uciekają od samotności. Boją się jej. Często wchodząc w „toksyczne” związki, byle tylko nie być samemu.

Rozumiem takich ludzi, ale ze wszystkich sił ich od takiego lekarstwa odwodzę. Często potem problemy są gorsze, niż te, związane z samotnością. A świątobliwy biskup podlaski, Ignacy Świrski mawiał: „Jedna głowa nie jest biedna, a jeżeli biedna – no to jedna!”

Czy taka ucieczka do czegoś prowadzi?

Czasem się udaje. Znów trzeba zebrać materiał z życia.

Niestety z powodu samotności wiele osób cierpi na depresję. Kolejne porażki w związkach prowadzą do zamkniętego koła, które ostatecznie może doprowadzić do samobójstwa.

Według moich doświadczeń, są to wypadki bardzo rzadkie

Czy ma Ojciec jakąś receptę na to, jak sobie radzić z samotnością? Żeby nie popaść w depresję czy też załamanie, a jednocześnie nie wejść w jakąś złą relację?

Warto przeczytać sobie tę naszą rozmowę, a w konkretnym przypadku, trzeba koniecznie nawiązać kontakt osobisty z człowiekiem, który się w takiej potrzebie  znajduje.

Mówił Ojciec w rozmowie z Łukaszem Wojtusikiem w książce „Dusza z ciała wyleciała”, że „zbyt długa samotność, będąca wynikiem straty, może prowadzić do depresji”. Co wtedy robić?

To jest zadanie dla rodziny i przyjaciół. Nie można zostawić takiego człowieka samego, by wśród serdecznych przyjaciół PSY ZAJĄCA ZJADŁY.

„Człowiek nie powinien umierać sam”. Nie każdemu się to udaje.

Dobrze, gdy umiera wśród życzliwych sobie. Rozumiała to Matka Teresa z Kalkuty, która umierającego biedaka choć za rękę trzymała. Jednak ostatecznie z tajemnicą śmierci  każdy człowiek musi się zmierzyć osobiście.

Samotność też może prowadzić do pewnego rodzaju „wygodnego” życia. Nie chcę zakładać rodziny, podejmować odpowiedzialności, tylko i wyłącznie z lenistwa.

Tacy ludzie mają prawo być, ale warto nie odsuwać się od nich, lecz próbować pokazać, że mają możność znaleźć wewnętrzną satysfakcję w czynieniu jakiegoś dobra innym. Choćby z nudów, jeśli takim podlegają. Czasem to chwyci…

Tworzy się nowa warstwa społeczna, tzw. „single”, którzy kierują się jednym: „hulaj dusza, piekła nie ma”. Bez zobowiązań, robię co chcę. Można się domyślać, że tego typu skrajność raczej nie prowadzi do czegoś dobrego?

Nie podoba mi się słowo „singiel”. Kojarzy się z cynglem. Jeśli taki jest wierzącym, to wiele szkody nie narobi, ale jeśli nie wierzy w Boga, nie uznaje wartości, jak tylko własne chętki i zachcianki,  warto być od niego z daleka, a nie ustawać w modlitwie o nawrócenie. Ale nie wolno zapominać, że są osoby samotne z wyboru. Radosne, z wyraźnie sprecyzowanym celem życia, a bez powołania do zakonu czy jakiejkolwiek wspólnoty. Często zresztą wiążą się luźno z jakąś  grupą duchową.

Introwertyk ma większą skłonność do życia samotnego, ze względu na jego charakter. Są to najczęściej osoby, które określa się „dziwakami”. Widać to wyraźnie w szkołach, gdzie „podział klasowy” jest bardzo wyrazisty.

No tak, to jest stwierdzenie faktu. Obecnie nie mam na tyle kontaktu ze szkołami, bym mógł z doświadczenia coś powiedzieć o tym „podziale klasowym”.

Zdarza się, że uwarunkowania rodzinne i społeczne prowadzą do wyboru samotności.

Owszem, zdarza się. Ale jak często?

Być może jest to zbyt mocne stwierdzenie, ale obawiam się, że dopóki sytuacja finansowa Polaków nie poprawi się, coraz więcej osób będzie uciekało w tzw. „singielstwo”.

Nie wydaje mi się. Bo przecież jak wielu bogatych woli dzisiaj żyć samotnie i bez zobowiązań! Tu decyduje wychowanie i dojrzałość młodych. Liczni i to wcale nie najbogatsi z radością podejmują trud małżeństwa, ojcostwa i rodziny, jako zadanie, które ich pasjonuje. Prawdziwa miłość do żony jest tu ważnym motorem działania.

Z jednej strony są to niepokojące objawy, życie bez zobowiązań, życie dla samego siebie, ale realnie jedynie opłacalne. Wielu młodych nie stać na życie w związku, nie mówiąc o zakładaniu rodziny.

Prawdziwa miłość widzi w ryzyku szansę na rozwój. Ci którzy nie umieją kochać (Boga i ludzi!), zawsze tylko się obawiają.

Wychodzi na to, że sytuacja gospodarcza i uwarunkowania polityczne również mają wpływ na tak osobistą sprawę, jak wybory życiowe, to czy ktoś będzie samotny, czy nie.

Oczywiście. Dlatego Władze mają obowiązek przez mądrą politykę gospodarczą i społeczną ułatwiać start życiowy młodym. Inaczej podcinają gałąź, na której siedzą.

Ciągnąc dalej kwestie społeczne, sytuacja finansowa również może doprowadzić do osamotnienia. Raczej nie utrzymujemy kontaktów z ludźmi, którzy kombinują i żyją z pożyczania pieniędzy…

Bo się boimy, by nas nie nabrano. Można takiemu człowiekowi, wskazać drogę, pomóc, jeśli zdolny jest pomoc przyjąć.

Czy Ojciec uważa, że rząd powinien zadbać o młode pokolenie? Szczególnie jeśli chodzi o sytuację finansową i rozwój młodego człowieka. Nowe miejsca pracy, inwestowanie w przedsiębiorczość.

Wszyscy światli obywatele przypominają to kolejnym rządom i w miarę możności pomagają w realizacji. Jakie są tego efekty, widzimy w praktyce. Osobiści uważam, ze np. 500+ miało sens. Wszystkie zainwestowane w rodziny pieniądze  zostały przecież w kraju.

A jak Kościół może pomóc osobie osamotnionej?

Proboszcz powinien znać swoją parafię i mieć rozeznanie w potrzebach swoich owieczek. Grupy parafialne mają dopomóc w dotarciu do osób szczególnej troski. W dobrze prowadzonej parafii nie ma osób osamotnionych.

Dziękuję za rozmowę.

52