Na wstępie muszę zaznaczyć, że jestem z tego pokolenia, które o Mszy trydenckiej tylko słyszało. W otoczce pewnej tajemnicy i czegoś niedostępnego można było usłyszeć tu i ówdzie na temat liturgii sprzed II Soboru Watykańskiego. Można wręcz powiedzieć, że stosunek wielu do Mszy trydenckiej zbudowany był na pewnym „obrzydzeniu” i strachu. Słyszałem od niektórych starszych duchownych, że to, co obowiązywało 60 lat temu w liturgii, było bardzo ciasnym gorsetem licznych zasad, rubryk, a wręcz, może będzie to złe porównanie, kagańca moralnego, z którego większość chciała się wyzwolić.

Nie trudno się domyślić, że takie podejście zaszczepiło w młodym pokoleniu takie, a nie inne zdanie na temat Mszy przedsoborowej. Powiem szczerze, że to, co zrobił Benedykt XVI (czyli dopuścił do swobodnego odprawiania Eucharystii w rycie trydenckim) do pewnego czasu utrzymywało we mnie przekonanie o dokonaniu pewnej „zbrodni” w świecie katolickim, a co gorsza podziału wewnątrz samego Kościoła. Długi czas żyłem, mając świadomość toczącej się walki między zwolennikami tradycyjnej liturgii łacińskiej a ludźmi „posoborowymi”. Niekończąca się dyskusja, dodatkowo zaogniona po publikacji dokumentu Benedykta XVI, rozdrapywała ciągle otwartą ranę w łonie Kościoła. Brak rozwiązania w toczących się sporach nie napawa nadzieją. Do niedawna byłem rękami i nogami za Novus Ordo, teraz moje poglądy pod wpływem lektury książki Petera Kwasniewskiego „Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła” uległy poważnej zmianie. Dlaczego? Ponieważ zacząłem spoglądać na dzisiejszą Liturgię z dużego dystansu i powoli zaczęły wychodzić coraz to nowe uchybienia i przegięcia w sprawowaniu Eucharystii. Kto mnie zna, ten wie, że mam ogląd tego, jak to jest wewnątrz Kościoła, można by rzec, od kuchni, jak również i tego, co jest na zewnątrz, a więc mogę się pokusić o to, że będę w tym wszystkim obiektywny.

Parafiada

Jest kilka punktów, które powodują u mnie skok ciśnienia, gdy patrzę na dzisiejszą liturgię. Pierwsza sprawa to gadatliwość. Ciągłe gadanie, słowa, słowa i brak ciszy. Rozbudowane wstępy do Mszy, przemówienia, podziękowania, a nawet, czego byłem świadkiem, reklamowanie podczas homilii publikacji jednego z zakonników. Słowotok, który tak naprawdę nic nie wnosi, a wręcz odciąga uwagę od tego, co Najistotniejsze. Kazania, o których miałem okazję porozmawiać z ojcem Leonem, powodują jedno: słodki sen. W przypadku bezsenności często człowiek woli wyjść z kościoła i wrócić po… Brak przygotowania i ubieranie wszystkiego w cukierkową teologię, drodzy duchowni, to nie wszystko. Dobrzy kaznodzieje potrafią w prostych słowach wyjaśnić wszystko i, co paradoksalne, nie wchodzi tutaj w grę nawet czas, bo dobrego i przygotowanego kazania można słuchać nawet godzinę, a to, co nam serwują niektórzy księża, woła o pomstę do nieba.

Druga sprawa, która mnie wkurza, to „pobożne” pieśni religijne, które tak namiętnie są kultywowane w naszych kościołach. Rzewne pioseneczki, które mają coś niby wywołać, a tylko śmieszą. Pełne błędów teologicznych, nie mówiąc już o różnego rodzaju herezjach. Jest to dla mnie taka tania, parafialna papka, dzięki której można zatkać nasze sumienie, aby „godnie” sprawować Najświętszą Ofiarę.

Trzeci problem określiłbym mianem „linii produkcyjnej” Mszy w parafiach, czego efektem jest pośpiech i niedbałość w sprawowaniu Eucharystii. Szlag człowieka trafia, gdy ogląda kapłana, który pędzi z kolejnymi częściami Mszy Świętej, nie mówiąc już o ciągłym spoglądaniu na zegarek.

Powrót jedynym rozwiązaniem?

Te trzy punkty są dla mnie nie do przyjęcia dzisiaj. Z takim przekonaniem odżegnałem się od oglądania teatrzyku jednego aktora, gdzie punktem centralnym jest osoba kapłana i jego słowotok. Taki układ mi nie pasuje i powiem, że ciężko mi było pogodzić się z taką sytuacją, świadomość braku jakiejś alternatywy była przygnębiająca, do czasu… Tak to już bywa, że jak coś jest z góry określane jako negatywne momentalnie, jest spychane w naszej podświadomości do części, o której nie pamiętamy. I tak było w przypadku liturgii przedsoborowej. Czytając książkę Petera Kwasniewskiego zauważyłem, że to, co mnie wkurza w aktualnym stanie liturgii w Kościele, punkt po punkcie jest omawiane na kartach publikacji „Kryzys i odrodzenie”.

91

Daleki byłem od tego, żeby zainteresować się liturgią trydencką, ale książka Kwasniewskiego zainspirowała mnie do sięgnięcia dalej. Pojawił się płomyk nadziei, że przecież można brać udział w tradycyjnej liturgii łacińskiej. To, co wcześniej było dalekie, tajemnicze i zapomniane, teraz może okazać się remedium na dzisiejsze rozmycie się tradycji liturgicznej. Powrót niekoniecznie musi oznaczać regres duchowy, ale może spowodować odrodzenie i, paradoksalnie, wnieść powiew świeżości.

Wczytując się w książkę „Kryzys i odrodzenie” nie sposób nie zauważyć, że autor jest po jednej stronie i nie brak w tekście mocnych i gorzkich sformułowań w kierunku papieża Pawła VI i reformy liturgicznej. Czasami wręcz pewne zarzuty opierają się na dość abstrakcyjnych określeniach, ale to można przełknąć jako swego rodzaju krzyk o powrót do tego, co zostało definitywnie usunięte, a czego nie powinniśmy odrzucać. Peter Kwasniewski kreśli przed czytelnikiem wizję czegoś niezwykłego, co nam odebrano i muszę przyznać, przekonał mnie i zainspirował do tego, aby pogłębić temat, a w efekcie brać udział w liturgii przedsoborowej. Nie ma wielu książek, które inspirują. Większość publikacji to tania papka głupot, które czytamy i potem o nich zapominamy. W tym przypadku tekst powoduje, że człowiek jest zaniepokojony, ponieważ zaczyna dostrzegać, że coś jest na rzeczy. Zarzuty mają swoje zaczepienie w rzeczywistości. To prowadzi do pewnych wniosków, które skupiają się na jednym: musimy wrócić do tego, co było, sięgnąć do Tradycji, która jest już powszechnie dostępna.

Kryzys i odrodzenie

Podczas lektury książki Petera Kwasniewskiego postanowiłem zaznaczyć sobie fragmenty, które mnie najbardziej dotknęły i poruszyły. Wiele z nich może bulwersować, ale według mnie właśnie jasne postawienie sprawy i często kontrowersyjnych opinii może nas poruszyć w kierunku zmian, podejścia i zauważenia, że można więcej doświadczyć niż tylko oglądać i słuchać przedstawienia, które często rozgrywa się w naszych kościołach:

Jednym z wielu błędów, które zatruły reformę liturgiczną była pogarda dla rytuału, wyrastająca z przekonania, że rytuał odstrasza wiernych, a kapłanowi utrudnia „nawiązanie kontaktu” z nimi.

Uratujcie liturgię, a uratujecie świat.

…współczesna muzyka liturgiczna ze swoimi sentymentalnymi tekstami kiepskiej jakości, ckliwymi melodiami, powierzchownymi emocjami i natarczywym akompaniamentem, nie tylko jest niezdolna do formowania duchowej dojrzałości, lecz wprost krzywdzi chrześcijańską duszę, zamulając jasność intelektu, niszcząc poczucie piękna, oddając wolę na pastwę emocji i tworząc skłonności sprzeczne z umiłowaniem samotności i milczenia.

Chrystus we współczesnej parafii jest postrzegany jako człowiek i tylko człowiek. Jak wielokrotnie zwracano już uwagę, redakcja nowego Mszału zdaje się sugerować niemal ariańską chrystologię.

Posoborowy kryzys powołań w Kościele wiąże się, bezpośrednio lub pośrednio, z rozmontowaniem i banalizacją liturgii.

Jeśli chcecie kościołów wypełnionych katolikami znającymi swoją wiarę, kochającymi ją i praktykującymi, dajcie im liturgię wymagającą, głęboką i surową.

…mamy liturgię, w której niezwykle dużo się mówi, ale praktycznie nic podniosłego ani świętego nie udaje się zarejestrować ani okiem, ani uchem.

Jeśli osądzać nową liturgię w świetle standardów sakralnych, to opanowana przez słowotok i „muzykę z puszki” jawi się jedynie jako martwa pustynia.

…coś złego musi być w rycie Mszy, jeśli może tak subtelnie wpływać na każdego celebransa, że zamienia się on w mówcę, a nie tego, kto przekazuje prawdę.

Msza tradycyjna ukazuje paradoks liturgii, która ma więcej tekstu, lecz mniej gadatliwości charakteryzującej nową liturgię.

…niewiele można było zrobić gorszych rzeczy niż reforma liturgii przeprowadzona w sposób, jaki znamy. Poważni młodzi ludzie, których spotkałem, spragnieni są tego, co mistyczne, co tajemnicze, co „inne”, w skrócie: tego, co święte, w jakimkolwiek przebraniu się na to natkną; są spragnieni pełnego symboli rytuału.

Czy będziemy liturgicznymi amerykanistami, którzy majstrują przy Tradycji i zmieniają wiarę tak, aby przystosować ją do świata, czy raczej będziemy katolikami, którzy z szacunkiem odnoszą się do Tradycji i przekazują ją dalej, by wiara mogła kwitnąć w następnych stuleciach?

…nowa liturgia o tyle, o ile jest liturgią eksperymentalną i nietradycyjną, powinna albo przystosować się z powrotem do tradycji albo zostać całkowicie zniesiona.

Posoborowe zmiany liturgiczne wykreowały osobliwą teorię i praktykę liturgiczną, które wprowadziły toksyny herezji i bluźnierstwa do krwiobiegu katolickiego świata.

Jednym z powodów, dla których liturgia stała się tak banalna, jest stopniowe zanikanie w zachodnim życiu liturgicznym „zwyczajnego mistycyzmu”.

Sam fakt wprowadzenia kultu w językach narodowych zawiera w sobie hermeneutykę zerwania i nieciągłości, poczucie wyższości oświecenia i misji… łacina dodaje coś istotnego do kultu i nie powinno jej się zwyczajnie odrzucać.

Dziś jednak spotykamy głównie księży (jeśli nasza diecezja szczęśliwie ma jeszcze powołania), którzy nie znają nawet katechizmu, a ich duszpasterską mądrość można by streścić następująco: rób, co wydaje ci się słuszne. I niektórzy wciąż jeszcze mówią o odnowie, o drugiej wiośnie Kościoła? To jakby Żydzi w niewoli babilońskiej zajmowali się rozmowami na temat harmonogramu ofiar świątynnych w następnym tygodniu…

Koniec

Szczerze nie spodziewałem się, że lektura książki „Kryzys i odrodzenie” spowoduje u mnie takie poruszenie w kierunku zmiany myślenia o liturgii przedsoborowej. To był porządny zastrzyk lekarstwa, dzięki któremu jest szansa na uzdrowienie też mojego życia duchowego. Dość słowotoku i beznadziejnej parafiady cieszącej pobożne staruszki, a więcej ciszy i głębokiej tajemnicy połączonej z dostojnością w sprawowaniu Najświętszej Ofiary Eucharystii. Nie stawiam pytania, czy warto sięgnąć po książkę Petera Kwasniewskiego, ale warto się zapytać dlaczego tak późno sięgnąłem po nią. „Kryzys i odrodzenie” zmienia… i ufam, że spowoduje owocny ferment w środowiskach kościelnych. Mogę już powiedzieć od strony wydawniczej, że publikacja cieszy się dużym zainteresowaniem, a nawet spotkałem się z pewnymi przejawami tego, że niektórzy duchowni z alergią reagują na pewne inicjatywy z tym związane, co jest tylko potwierdzeniem tego, że w Kościele panuje postawa bezpieczeństwa i wygody. Lepiej nie wychylać się, bo po co, a nuż zaczną się pytania i trzeba będzie na nie odpowiadać :) Postawa „niewychylania się” jest prostą drogą do nijakości i rozmycia, nie rodzi nic ambitnego. Brak własnego zdania, z powodu strachu, szczególnie w Kościele jest niepokojący, ale to już temat na kolejny artykuł…

kryzys_i_odrodzenie_kwasniewski