Nowy Rok to tradycyjnie czas podsumowań i rozliczenia się z ostatnich doświadczeń. Z jednej strony warto obejrzeć się i poukładać sobie wszystko, wypunktować osiągnięcia; z drugiej strony, co w przypadku osób, które w momencie spojrzenia wstecz widzą pustkę, dostrzegają jak bardzo stoją w miejscu, odrywają kolejne kartki z kalendarza ciągle powtarzającego się algorytmu – dom, rodzina, praca…? Nie dziwi fakt pojawiających się depresji i chronicznego niezadowolenia. Człowiek nie lubi kieratu, który niby jest potrzebny, ale cholernie nudny…

Szara codzienność wymaga „poruszenia”, swego rodzaju podkoloryzowania, eksperymentów, ciągłego aktualizowania własnej świadomości, refleksji itd. Nieco podobnie jest w przypadku wiary. Najczęściej zastój egzystencjalny i duchowy bierze się ze strachu. Kiedyś usłyszałem: „Wiary i Pana Boga nie można poddawać próbie?”. Czyżby?

Pomiędzy…

Będąc w świecie coraz częściej dochodzę do wniosku, że w Polsce dumne określenie „katolik/wierzący” to stwierdzenie, w dużym uproszczeniu, oznaczające coś takiego: wierzę w folklor religijny i instytucję. Ileż to razy słyszałem zdanie: jak mi się nie chce chodzić do Kościoła. No to nie chodź! Ale jak to, co inni powiedzą, nie mówiąc już o kwestii zbawienia. Wiara została sprowadzona do poziomu, tak jak to już wyżej napisałem, algorytmu przyzwyczajenia – rodzimy się i w większości przypadków jesteśmy z automatu katolikami. I wszystko byłoby fajnie, w jak najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że tak mamy już do końca życia, pozostajemy właśnie na tym poziomie folkloru, który nijak się ma do wiary i duchowości.

Jeżeli ktoś podaje za wzór babeczki z kościoła, które spoglądając na sąsiadki nabijają kolejne dziesiątki różańca, to życzę wszystkiego najlepszego w dalszym rozumieniu wiary.

Bardzo mnie ujęło wyznanie jednego z zakonników, który powiedział, że „porzucił” modlitwę na różańcu, aby z perspektywy czasu zobaczyć, co taki zabieg wywoła w jego wnętrzu. Dystans nie zakłada od razu odrzucenia, straty wiary. To tak samo, jak w przypadku, kiedy poinformowałem jedną znajomą, że nie chodzę do kościoła. Zdziwienie, bo przecież… No właśnie,  czasami trzeba dokonać przewrotu w myśleniu, żeby na nowo wejść na drogę wiary, która już nie będzie czymś z przyzwyczajenia, bo tak wypada, tylko będzie czystą wiarą dla niej samej, bez żadnych naleciałości kulturowych. Taki poziom zakłada szeroką świadomość, która uwzględnia zarówno pozytywne, jak i negatywne strony samej instytucji Kościoła. Ale z pewnością coś jest nie tak, jeżeli słyszę od kogoś, że wierzy i „chodzi” do kościoła ze strachu. Układ oparty na panicznym strachu, pewnym rodzaju skrupulanctwa, to jest właśnie droga do utraty wiary… Na końcu jest całkowity upadek nadziei, tąpnięcie w postrzeganiu wszystkiego.

Umówmy się, zastraszonym tłumem bardzo łatwo sterować, o czym wiemy z historii. Ważne jest jedno, aby przypadkiem nie wychylać się poza ramy ortodoksji, o czym możemy wyczytać w biografiach osób, które trafiły na margines „ksiąg zakazanych”, a które za parędziesiąt lat zostały zrehabilitowane. Trochę mi to przypomina film „Imię Róży”, który według mnie świetnie ukazuje układ – potężny budynek instytucji Kościoła ściśle skrywający „wiedzę”, górujący nad szarą, brudną i nieświadomą rzeczywistością zwykłego człowieka. Jedyną funkcją ludzką było oddawanie „dziesięciny” i pobożne uwielbienie dla instytucji. Przesada? Nie wydaje mi się… Patrzę teraz z dystansem na to wszystko, i raczej jestem skłonny do potwierdzenia moich obaw, które w taki czy inny sposób były komunikowane czy to poprzez publikację czy też, jak to było w przypadku filmu „Imię Róży”, za pomocą różnych form artystycznej ekspresji.

Wyzwolenie

Do znudzenia jest nam powtarzane, że miłość wyzwala, a my i tak tkwimy w strachu. Słuchamy o wierze, czytamy setki książek religijnych, a tak naprawdę wszystko to jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi. A już szczytem inteligencji jest układ, gdzie wrzucamy do kotła religijnego wszystko co popadnie, warząc bigos, po którym mamy tylko niestrawność i biegunkę.

Te refleksje traktuję jako odpowiedź na pytanie: czy można witraż umyć, czy też należy go rozbić? Wtedy nie byłem pewny, teraz jednak stwierdzam, że na poziomie personalnym, jedynym słusznym działaniem będzie rozbicie twardej skorupy zwyczajów, które błędnie nazywamy wiarą. Pęknięcie tego gmachu prowadzi do jednego, dzięki temu dojrzymy blask wolności i harmonii, który do tej pory był zasłonięty przez gruby mur instytucji.