Autobiografie mają to do siebie, że pozwalają w jakimś niewielkim procencie wniknąć w postać, która dzieli się swoim życiem z czytelnikami. Muszę przyznać, że to mój ulubiony rodzaj „pisania”. Biografie próbują oddać to, co najistotniejsze w bohaterze, jednak to tylko biografia. Jak dla mnie niemałą odwagą odznaczają się osoby, które decydują się pisać nie tylko o przyjemnych sprawach, ale starają się w możliwie najbardziej obiektywny spojrzeć na swoje wady i słabości. Niewątpliwie taką osobą był Johnny Cash.

Jeśli chodzi o showbiznes, o niektórych osobach z jego kręgu nic nie wiemy, nie docierają do nas ich osiągnięcia, a jednocześnie są celebryci, o których wystarczy wspomnieć, by przywołać całą masę posiadanych informacji na ich temat. Wtedy jest jasne: to człowiek-legenda, czy też zespół-legenda. Bez względu na upływ czasu, ich przeboje i cała twórczość powodują dreszcz emocji. Wystarczy chociażby wspomnieć tutaj: The Rolling Stones, Ozzy’ego Osbourne’a, Roya Orbisona, Iggy’ego Popa i wielu innych. Lista byłaby długa. W przypadku takich osób lub zespołów nie ma mowy o sezonowości, z którą mamy do czynienia w kontakcie z niektórymi celebrytami – nie jest to gwiazdka na czas wakacji, po zakończeniu których nikt o niej nawet nie wspomni.

Duchowa podróż z Johnnym Cashem

Powiem tak: gdy kupiłem autobiografię Casha spodziewałem się nieco „większego pazura” w opisach jego przejść amfetaminowych, swoistego dramatu, który był nieodłączną częścią jego legendy. Może to trochę skrzywienie, ale po lekturze autobiografii Keitha Richardsa czy Ozzy’ego Osbourne’a, oczekuję od autobiografii artystów czegoś podobnego, co przeczytałem w tych książkach, czyli ostrego kopa, kontrowersji i dramatów.

Żeby zostać dobrze zrozumianym: nie jest to jakiś przytyk do autobiografii Johnny’ego Casha, mamy w tym przypadku coś zupełnie innego. I właśnie ta „inność” mnie zaskoczyła.

Nie spodziewałem się, że Johnny Cash był tak bardzo uduchowiony. Sądziłem, że był to typowy „vagabundos”, wieczny buntownik, ale obraz człowieka, który był zafascynowany duchowością, a szczególnie zainteresowany Pismem Świętym i nieustannym jego zgłębianiem, zaskoczył mnie: nigdy bym tego nie powiedział, mając podstawowe informacje na temat Casha.

autobiografia_johnny_cash_2

Jeszcze większym szacunkiem darzę tego człowieka za jego nonkomformizm. Kiedy trzeba było jasno powiedzieć, jak jest, on to mówił. Nie bał się powiedzieć przed kamerami, że jest wierzącym, co nie przysporzyło mu wielu fanów w wytwórniach. Ale chodzi o pieprzoną autentyczność, której teraz szukać ze świeczką. I tak w skrócie można określić proces tworzenia się autorytetów.

Patrząc na życie Johnny’ego można pomyśleć: jedno mówił, a drugie robił. „Przykładni chrześcijanie” prawdopodobnie ukamienowaliby takiego. I to mnie fascynuje w tym człowieku: potrafił łączyć w sobie na pierwszy rzut oka przeciwne postawy, z jednej strony artysta o wątpliwym życiu moralnym, a z drugiej Jego pasja skierowana ku Biblii. Jest takie powiedzenie: Pan Bóg pisze prosto na krzywych liniach, co idealnie pasuje do życia i twórczości Johnny’ego Casha.

Autobiografia jest pełna wspomnień; powiedziałbym nawet, że więcej jest tam wspomnień o jego rodzinie, bliskich i licznej rzeszy przyjaciół niż o nim samym. Czytając kolejne strony, widzimy nieśmiałość autora, raczej ślizgającego się po tematach, o których z chęcią bym więcej poczytał. Stąd też publikacja nie jest jakoś oszałamiająco wielkich rozmiarów. Chciałoby się rzec: Johnny, chcemy więcej szczegółów. Z drugiej strony okrycie pewnych epizodów welonem tajemnicy też robi swoją robotę.

Tak czy inaczej, autobiografia Johnny’ego Casha zapisała się w moim osobistym kanonie jako ważny punkt, pokazując, że nie zawsze trzeba być tykającą bombą, która co jakiś czas wybucha, ale wystarczy zwyczajna autentyczność i twórczość pełna pasji, żeby stworzyć legendę – JOHNNY’EGO CASHA.

autobiografia_johnny_cash_1