Filozofia celebracji ulotności jest bardzo ciekawa z bardzo prostego powodu – przypomina człowiekowi, że najbardziej ulotną chwilą jest „tu i teraz”, bez względu na to, jak daleko będziemy patrzyli wstecz i do przodu, to jednak dany moment jest zasadniczy i od niego zależą nasze wspomnienia, jak i rozwój tego, co będzie. Będąc w swego rodzaju rozkroku egzystencjalnym pomiędzy tym, co było, a co nas czeka w przyszłości, raczej taka gimnastyka umysłu nie jest wygodna i nie napełnia spokojem, bo albo żałujemy i rozważamy jak bardzo daliśmy ciała albo z trwogą oczekujemy, co w najbliższym czasie się stanie. Okazuje się, że najbardziej optymalnym czasem jest chwila obecna, paradoksalnie najbardziej realny moment w naszym życiu.

ONNA

Nie tak dawno miałem okazję odwiedzić wystawę dla mnie szczególną. Malarstwo japońskie, zwłaszcza to, które zostało uchwycone w technice drzeworytu, od dawna mnie pociąga i wprowadza w pewien błogi spokój, jak również daje poczuć klimat „minionych wieków” Dalekiego Wschodu. W Muzeum Narodowym w Krakowie do 3 maja można zobaczyć zbiór takiego malarstwa podczas wystawy ONNA – piękno, siła, ekstaza, która ukazała celebrację ulotności na podstawie różnych obrazów życia kobiety w kulturze japońskiej.

Prostota i estetyka aranżacji całej wystawy, z dodatkiem dźwięku i kaligrafii, podkreśla jeszcze bardziej klimat tamtych czasów. Przechodząc poszczególne części ekspozycji zastanawiałem się nad jednym, mianowicie jak na niektóre przedstawienia zareagowałaby typowa feministka, bo owszem z jednej strony kobieta została pokazana jako władcza i wyzwolona, nawet możemy zobaczyć przedstawienia japońskich wojowniczek, które swoją siłą panują nad mężczyznami i całymi wojskami, ale z drugiej strony przeważa obraz kobiety jako tej, której głównym zajęciem jest jednak dotrzymywanie towarzystwa mężczyznom. Uczucie pewnej jednostronności spotęgowane jest dodatkowo specjalną strefą za parawanem tylko dla widzów dorosłych, gdzie możemy rzucić okiem na temat erotyki i wręcz powiedziałbym pewnej formy pornografii w malarstwie japońskim.

onna_wystawa

Ramen w Krakowie i Warszawie

Dobrze się składa z tą wizytą w Muzeum Narodowym w Krakowie ponieważ przy okazji malarstwa z kraju „kwitnącej wiśni” napiszę o tradycyjnym, japońskim daniu, czyli o ramenie. Ostatnio byłem na Targach Książki w Warszawie i postanowiłem odwiedzić restauracje, które według rankingów, serwują najlepszy ramen. Naiwnie myślałem, że to, co oferuje „sieciowy chińczyk” choć w jakimś, niewielkim stopniu zbliża się w smaku do prawdziwego ramenu, byłem w wielkim błędzie… Dopiero wejście na wyższy poziom, dało mi obraz tego, co jest prawdziwe, a co marną podróbką. I tak, miałem okazję spróbować naprawdę dobrego produktu w Omami; niestety wizyta w Uki Uki zakończyła się niepowodzeniem, akurat wtedy gdy wszedłem ramen wyparował… no cóż zdarza się.
 

Ramen w "Omami" (Warszawa)

Ramen w „Omami” (Warszawa)

 

Sądziłem, że w Krakowie ciężko będzie znaleźć coś naprawdę godnego. Znowu pomyłka… TAO Teppanyaki & More zmiażdżyło mi kubki smakowe. Gęsty i tłusty rosół ze sporą ilością dodatków utwierdził mnie w przekonaniu, że z kuchnią japońską w Krakowie nie jest tak źle. To, co widzicie na zdjęciu jest tym, co faktycznie możecie znaleźć w misce. Przed podaniem głównego dania, restauracja serwuje fajny przerywnik w postaci orzeszków wasabi; cały lokal urządzony jest z głową z pewnymi ciekawymi dodatkami. Jedno jest pewne, TAO Teppanyaki & More ma nowego stałego klienta.
 

Ramen w "TAO Teppanyaki & More" (Kraków)

Ramen w „TAO Teppanyaki & More” (Kraków)