Większość naszego, polskiego społeczeństwa wyrosła i wychowała się w religijnym klimacie pobożności ludowej. Nieobce są nam różnorakie nabożeństwa, odmawianie różańca, majówki przy starych kapliczkach itp. Dlatego nie dziwi fakt pojawienia się lęku przed czymś NOWYM, a pojęcie medytacji chrześcijańskiej właśnie wywołuje takie a nie inne uczucia. Dystans, a wręcz wrogość przebijają w rozmowach i publikacjach; czasami zdarzy się, że ktoś publicznie wypowie swoje oburzenie i kategoryczny sprzeciw dla takiej formy modlitwy.

„Boję się człowieka czerpiącego wiedzę z jednej książki”
Nie lubimy zmian, a jeszcze bardziej zjawisko ich zachodzenia razi nas w Kościele. Przypomnijcie sobie, jak to było po II Soborze Watykańskim – do dzisiaj znajdzie się grono ludzi, którzy nie zaakceptowali postanowień soborowych. Zmiany są nieuniknione… Wielu znanych i cenionych teologów musiało nieść na swoich barkach piętno określenia ich nauki jako zakazanej. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – ich myśl wybiegała poza ramy czasów, w których żyli. Dopiero później, w miarę upływu czasu, okazało się, że mieli rację. Podobnie rzecz się ma ze świętymi i błogosławionymi.

Uważam, że medytacja chrześcijańska przechodzi właśnie taki okres odrzucenia, napiętnowania jako coś złego i niepotrzebnego. Dziwne, ponieważ ciągle rosnąca liczba osób, która jest zainteresowana taką formą modlitwy, przeczy poglądom niektórych środowisk krytykujących naukę o medytacji chrześcijańskiej.

Bodajże św. Tomasz z Akwinu powiedział kapitalne słowa: „Boję się człowieka czerpiącego wiedzę z jednej książki”. Ja również boję się takich ludzi, którzy na podstawie jednego artykułu czy też pojedynczej wypowiedzi w mediach konstruują wiążące i święte zdanie na temat medytacji chrześcijańskiej. Nic bardziej mylnego i złudnego. I, co więcej, z takim człowiekiem nie da się dyskutować, on wie swoje i jest święcie przekonany co do swojej opinii. Według mnie w takiej sytuacji szkoda czasu na puste dyskusje i przekonywanie – trzeba robić swoje, a krytykę wysłuchać. Zbyt wielu ludzi czeka na to, aby ich nauczyć modlitwy. Zamiast tracić energię na nic nie dające utarczki słowne, trzeba wyruszyć w kierunku potrzebujących.