Zastanawiam się nad jedną kwestią: co by było, gdyby we wszystkich tłumaczeniach pism Johna Maina i Laurence’a Freemana (na język polski) zastąpić słowo MANTRA jakimś innym, bardziej chrześcijańskim pojęcie,. Czy w ogóle zaistniałaby dyskusja i pojawiłyby się jakiekolwiek kontrowersje? Prawdopodobnie nic by takiego się nie stało; nawet sam fakt, że John Main korzystał z nauk hinduskich guru nie stanowiłby problemu.

Cały czas jakoś ciężko mi zrozumieć całe to zamieszanie o to jedno SŁOWO. Bp Siemieniewski buduje wokół niego całą ideologię, która sprowadza dzieło Johna Maina i jego kontynuatorów do poziomu wręcz „antychrześcijańskiego”, opisując je jako takie, które uderza w dobrą i słuszną tradycję, wypracowaną przez Kościół katolicki na przestrzeni dziejów, jeśli chodzi o medytację chrześcijańską.

Czy musimy tak bardzo przywiązywać się do pewnych określeń? Przecież Ojciec Main miał zupełne prawo do tego, aby nazwać tę formę odmawiania krótkich wezwań tak, jak uważał za stosowne. To jego decyzja i trzeba ją uszanować. Czytając lub choćby przeglądając niektóre teksty Johna Maina można jednoznacznie uchwycić, czym dla niego jest słowo MANTRA. Fakt, że jest to termin zaczerpnięty ze Wschodu, nie oznacza od razu, że przeniesiony na grunt chrześcijański rozmyje wiarę katolicką. Przywykliśmy reagować na nowości paniką i strachem. A czego się tutaj bać? Jeżeli podejdziemy do sprawy ze zdrowym dystansem, prześledzimy to, co mówił John Main o medytacji chrześcijańskiej — a także wypowiedzi innych autorów — nagle zobaczymy, że jest to nauka dobrze przemyślana i, co ważniejsze, oparta na rzeczywistym doświadczeniu..

Bp Andrzej Siemieniewski w swojej książce „Chrześcijańska medytacja monologiczna” stawia nauce WCCM takie oto dwa główne zarzuty:

  • skupienie się na brzmieniu mantry
  • bezosobowe ukierunkowanie modlitwy.

Mantra w swoim założeniu ma prowadzić modlącego się do całkowitego skupienia, do zupełnego oczyszczenia umysłu. Do wyzbycia się wszelkich wyobrażeń, które, jakby nie było, powodują rozproszenie i rozkojarzenie podczas medytacji. Jest to jak najbardziej słuszna metoda, stosowana od wielu wieków. Taka jest również idea modlitwy każdego chrześcijanina, dążenie do prostej modlitwy, która ma prowadzić do trwania, w miłości z Bogiem. Jednak żeby dojść do kontemplacji, czeka nas długa droga prób i doświadczeń związanych z pokusami i wyobrażeniami, które wychodzą z naszej podświadomości podczas modlitwy. I tutaj z pomocą przychodzą nam Ojcowie Pustyni, Jan Kasjan i „Chmura niewiedzy”, gdzie znajdziemy nawiązanie do powtarzania krótkich wezwań, które mają w nas wyrobić postawę czujności i uwagi.

Wydaje mi się, że bp Siemieniewski postawił w swoich rozważaniach za duży nacisk na samą tylko teorię
Do tego doszedł John Main, który powiązał to ze słowem MANTRA (cóż, nic nie poradzimy na to, że w swoim życiu John Main spotkał na swojej drodze hinduskiego guru, który wywarł na nim wielkie wrażenie). Zarzuty bpa Siemieniewskiego, które przytoczyłem wyżej, są nieco dziwne. Jak tutaj nie skupiać na brzmieniu wypowiadanego wersetu (na jego dźwięku), który ciągle powtarzamy? Już z samej istoty formy takiej modlitwy, niejako automatycznie, wsłuchujemy się w dźwięk wypowiadanego świętego słowa. Z drugiej strony ma to też swój duży plus jako dodatkowy element, dzięki któremu nasza uwaga poświęcana temu, co istotne, jest bardziej wyostrzona i prowadzi do lepszego skupienia.

Obawa bpa Siemieniewskiego o to, że medytacja chrześcijańska w wydaniu WCCM prowadzi do bezosobowej formy modlitwy, gdzie człowiek sam dla siebie jest celem i zbawcą, według mnie jest zupełnie chybiona. Taki zarzut można wystosować do wszystkich nowych form modlitwy, które powstają w łonie Kościoła. Dlaczego tak uważam? Jeszcze raz odeślę Was do pism Johna Maina OSB; zobaczcie w opisach medytacji, rozważań, ile tam odniesień do Jezusa Chrystusa! Przecież sama formuła, którą zaleca Ojciec Main, oznacza „Przyjdź, Panie Jezu”. Czy muszę coś więcej dodawać?

Bp Siemieniewski dość obficie cytuje teksty zarówno Ojca Johna Maina, jak i Laurence’a Freemana. Muszę jednak stwierdzić, że jest to wybór dość wybiórczy i przygotowany pod pewnym kątem, co nie daje obrazu całości nauki, jaką pozostawili założyciele WCCM.

Zbliżając się do końca, chciałbym jeszcze nawiązać do działalności Ernesta Larkina na polu medytacji chrześcijańskiej, czego owocem jest publikacja książki „Medytacja Chrześcijańska. Kontemplatywna modlitwa na dziś”.

Otóż bp Siemieniewski dość sporą część w swojej książce poświęcił mistykom karmelitańskim, ukazując tradycję Kościoła, która ma już wypracowane formy i określenia o modlitwie. Ernest Larkin (karmelita) ukazuje tradycję swojego Zakonu z zupełnie innej strony w połączeniu z medytacją chrześcijańską. Dwa spojrzenia — biskupa i karmelity; zupełnie różne, dają do myślenia i stawiają nowe znaki zapytania.

Po głębszej refleksji doszedłem do wniosku, i to też tyczy się całości omawianego problemu, że punktem, dzięki któremu możemy dojść do pewności zasadności głoszonych nauk przez WCCM, jest PRAKTYKA. Jest to płaszczyzna, dzięki której możemy dotrzeć do całej prawdy i ujrzeć w pełnym świetle ścieżkę medytacji chrześcijańskiej. Sama teoria nie wystarczy. Wydaje mi się, że bp Siemieniewski postawił w swoich rozważaniach za duży nacisk na samą tylko teorię. Praktyka jest tutaj zwornikiem, który łączy w jedną całość i odkrywa przed modlącym się nową rzeczywistość, czasem niełatwą do wyrażenia SŁOWAMI. Nie wiem, czy bp Siemieniewski praktykował medytację chrześcijańską w wersji Johna Maina, ale wydaje mi się, że omawiana publikacja wyglądałaby nieco inaczej, gdyby theoria połączyła się z samą praxis tego, co naucza WCCM.

Zrobił tak Ernest Larkin, który był wielkim pasjonatem tej formy modlitwy. Po wielu latach doświadczeń i badań, pod koniec swojego życia, spisał to, co możemy dzisiaj przeczytać o medytacji chrześcijańskiej jako kontemplatywnej modlitwie na dzisiejsze czasy. Takie podejście do medytacji wydaje mi się słuszne i godne podziwu, nie tylko ze względu na rzetelne ukazanie, od strony naukowej, więzi łączących medytację chrześcijańską z innymi formami modlitwy, ale również przez w moim odczuciu niesłychanie istotne połączenie TEORII i PRAKTYKI wielu lat modlitwy. Czego żywym przykładem była postać Ernesta E. Larkina.
 

Podsumowując: chciałbym jeszcze raz zaznaczyć, że tak poprzedni, jak i ten właśnie tekst są moimi, wyłącznie subiektywnymi refleksjami po lekturze książki bpa Andrzeja Siemieniewskiego. Nie są to wywody czysto naukowe, jedynie luźne przemyślenia.

 

Medytacji chrześcijańskiej nie można spłycić tylko i wyłącznie do dyskusji na temat zasadności słowa MANTRA, które jest ważne i ma swoje miejsce w nauczaniu WCCM. Spojrzenie przez pryzmat tylko naukowy może doprowadzić do wypaczenia tego, co przez wiele lat wrosło w historię i tradycję Kościoła. Jak to pokazał swoim życiem Ernest Larkin, najważniejszym elementem jest tutaj PRAKTYKA, która udostępnia dla modlących się cały skarbiec Bożych obietnic. Patrząc na działalność grup medytacyjnych, sprawdza się zasada ewangeliczna: „po owocach ich poznacie”. A jak widzieć konkretne owoce, jeżeli nie poprzedza ich praktyka codziennej, wytrwałej modlitwy? Jeżeli widzimy piękne duchowe owoce, jakie rodzą się z praktykowania medytacji chrześcijańskiej, to dlaczego wbudza to w nas obawy? Dlaczego boimy się tego, co Boże?

Na zakończenie odsyłam do bardzo dobrego artykułu Jacka Prusaka SI, który ukazał się w Tygodniku Powszechnym, napisanego również jako odpowiedź na książkę bpa Siemieniewskiego.