Co by było gdyby ludzie Kościoła nie zabraniali pewnych rzeczy? Wiele tytułów, produktów i filmów nie dostałoby się na szczyty list przebojów. Trzeba przyznać, że dzięki oszołomom religijnym wszystko funkcjonuje jak należy. Wystarczy jedno zdanie: to jest dzieło szatana! Tyle… bez zbędnych wyjaśnień. Machina ruszyła…

Za każdym razem jest tak samo. Najczęściej ktoś ze środowiska prawicowego, rzadko duchowny, częściej „oświecony” świecki, po dogłębnych analizach widzi w danej rzeczy symbole szatana, które mają destrukcyjny wpływ na naszą duchowość. I co najgorsze oznajmia to publicznie jako „dogmat”. Lista rzeczy zakazanych z roku na rok wydłuża się i pojawiają się na niej coraz bardziej absurdalne punkty, od których musimy się trzymać z daleka. Był Harry Potter, bioenergioterapia, medytacja, nawet w wydaniu chrześcijańskim, niektóre środowiska umieszczały na liście „Pasję” Mela Gibsona. Ale żeby dorzucać do tego fidget spinnera? Zlitujcie się…

Parę lat temu ukazał się bardzo ciekawie zatytułowany numer Tygodnika Powszechnego „Egzorcyści-celebryci”. Niezwykle trafne sformułowanie, akurat krytykujące wtedy bardzo negatywne zjawisko „ambitnych” duchownych, którzy na lewo i prawo obnosili się ze swoimi zdolnościami, czego oni to nie uczynili i ile złych duchów wyrzucili. Funkcja egzorcysty pozostająca dotąd w ukryciu, owiana tajemnicą, zapewniała dużą dawkę pokory dla takich duchownych; teraz stała się pożywką, do tego by zabłysnąć… i tak powstała lista rzeczy zakazanych. Doszło nawet do tego, że niektórzy medalik św. Benedykta zaliczyli do symboli z pewnymi elementami masońskimi i szatańskimi.

Ludzie „myślący i czytający” (mam na myśli osoby, które patrzą na rzeczywistość z szerokiej perspektywy) potraktują to z uśmiechem i popukają się w głowę, jednak co zrobić z tą częścią społeczeństwa, która jak stado baranów idzie za głosem takich „autorytetów”? Nikt nie chce zadzierać z proboszczem czy też liderem jakiejś chrześcijańskiej grupy? Wychodzi na to, że święty spokój stawiamy powyżej prawdy.  Powie ktoś: pomodlić się za biedne duszyczki? A może coś praktyczniejszego, co pozwoli uzdrowić ten naród uprawiający folklor religijny zamiast pracować nad zdrową i rozsądną wiarą.

Boję się ludzi, zarówno świeckich jak i duchownych, którzy widzą wszędzie szatana. Jeżeli widzisz wszędzie zło to jak dostrzeżesz dobro? Można w tym zauważyć ciekawą grę złych duchów. Skup się człowieku na pierdołach i uwierz, że tam jesteśmy, a my będziemy działać zupełnie od innej strony, zajmiemy się tylko tobą, zupełnie bezbronnym i nieświadomym. Być może się mylę, ale już samo określenie szatana jako ojca kłamstwa mówi wiele. To, co się nam wydaje, że otwiera furtkę szatanowi może być sprawnym zabiegiem samego złego ducha, żeby odciągnąć nas od tego, co istotne – walki z myślami (poczytajcie sobie o tym w pismach Ewagriusza z Pontu). Na wojnie chodzi przede wszystkim o to, aby tak opracować strategię działania, żeby wróg nie spodziewał się ataku. Jak to zrobić? Skupić uwagę ofiary na jednym szczególe i wyrobić w niej fałszywe poczucie, że właśnie od tej strony nastąpi atak. Podobnie jest i z nami, człowiek swoje własne, wewnętrzne nieuporządkowanie (nie wchodzę tutaj na grunt psychologii i urazów z dzieciństwa itp.), tłumaczy najczęściej tym, że np. korzystał z jogi, albo medytował, czy też był na imprezie Mayday (i takie zarzuty się pojawiały). Popatrzcie na te wszystkie elementy, to są pewne formy, techniki, najczęściej dążące do wyciszenia, zrelaksowania i czy też wyrzucenia z siebie emocji. Wszystko to stanowi pewną oprawę, dzięki której człowiek porządkuje swoje emocje i fizyczność (chyba nie powiecie, że kiedy idę się zrelaksować do sauny, to otwieram drogę szatanowi). W momencie kiedy dzieje się z nami coś złego, człowiek w swojej przewrotności potrafi zrzucić winę na tę właśnie formę, czysto zewnętrzne działania. Człowiek nie chce dotknąć prawdziwego problemu, który leży w zaniedbaniach swojej duchowej płaszczyzny, ale woli powiedzieć, że oto joga / medytacja / fidget spinner spowodował moją osobistą destrukcję. Klasyczne pomylenie akcentów, myśl człowieczku o jednym, a my załatwimy cię od drugiej strony. Tak czy inaczej dziwię się jak daleko można zabrnąć w idiotycznych poglądach, że oto zabaweczka fidget spinner może otwierać furtkę szatanowi.

Jeżeli uważasz, że przedmiot / książka / film / symbol itp. może zniewolić i poddać pod działanie złych mocy, proponowałbym skorzystanie z odpowiednich poradni. Tak jak napisałem, wszystko rozgrywa się na znacznie głębszym poziomie, który jest niezwykle istotny w walce między dobrem a złem. Chodzi o człowieka, o jego serce, umysł tak jak je rozumieli Ojcowie Pustyni.

Wiem, że istnieją i sam już wysłuchałem całej masy argumentów za obroną tego aby np. uważać Harrego Pottera za jedną z dróg działania szatana (taki pogląd to tylko woda na młyn w procesie marketingowym, ciekawe na ile jest to przemyślane działanie?). Ja uważam, że to wszystko rozgrywa się w głowie danego człowieka, jeżeli chcesz żeby fidget spinner czy też inny gadżet taki był, to będzie. Tyle się mówi o jodze i jej złym wpływie, raz po raz słyszymy świadectwa pojedynczych osób, które nie radząc sobie z własnym nieuporządkowaniem, całą winę zrzucili na uprawianie jogi, a ja się pytam co z milionami osób, które normalnie praktykuję tego typu technikę ćwiczeń bez żadnych szkód duchowych? Ale jak widać to wszystko pozostaje na poziomie naszej głowy i fałszywych autorytetów, których z taką miłością słuchamy.

Kiedyś usłyszałem, że koszulki, które zaprojektowałem „Z gębą jak cmentarz świata nie zbawisz” mają symbol szatański (chodziło o gwiazdki). I co najlepsze niektórzy w to uwierzyli. Pojawiły się pytania, jakieś obiekcje… Ale czy ktoś z pytających sprawdził jak wygląda prawdziwy symbol, którzy używają sataniści? Otóż, nie. Ważne, że rzucili oskarżenie bez wcześniejszego sprawdzenia faktów, nie mówiąc już o poznaniu samej idei powstania koszulek. Oni już wyrobili sobie zdanie. Rzucić kamieniem każdy potrafi, jednak nie każdy ma na tyle chęci, żeby zadać sobie pytanie: po co trzymam ten kamień i dlaczego chcę go rzucić w tym kierunku? Refleksja i pytania to wysiłek, rzut kamieniem nie wymaga; zwykły, agresywny  gest ręki, pośród tłumu.

W naszych rozważaniach niezwykle istotne jest tutaj słowo „uwierzyli”, bo na tym polega szerzenie głupot typu: fidget spinner, kiedy go wprawimy w ruch tworzy obraz trzech szóstek. I taki jeden z drugą, najczęściej ludzie mało ugruntowani w wierze, albo lepiej: mylący wiarę z folklorem religijnym (gdzie rzeczy, figurki itp. stają się bożkami); wierzą takiemu „autorytetowi”. Słowo i wyobraźnia robią swoje… ja się pytam o rzecz fundamentalną: gdzie w tym wszystkim jest osobista refleksja jednego i drugiej, sięgnięcie po literaturę na ten temat, zobaczenie problemu z innej strony; bo muszę was oświecić, że wiara polega na ciągłej aktualizacji, wiara nie jest statecznym molochem, gdzie wszystko zostało powiedziane i napisane (niektórzy by tak chcieli). Wiara to żywy organizm, molochem może być instytucja, co tutaj dużo pisać poczytajcie sobie na temat historii Kościoła. A jeżeli nawet tego ci się nie chce, bo jesteś tak bardzo zmęczony walką o byt i odpieraniem ataków złego, to zwyczajnie nie otwieraj gęby, żeby tylko wypluć kolejną porcję jadu. I jeżeli uważasz, że już wszystko wiesz, to jesteś w błędzie. Spektrum możliwości jest znacznie szersze. I uważaj, żeby będąc w przeświadczeniu o własnej słuszności i „pewnych” autorytetach jakimi się otaczasz, nie okazało się że stoisz po zupełnie innej stronie. Wniosek jest niezwykle prosty: zacznij weryfikować w to, co wierzysz, a przekonasz się, że większość demonów to zwykłe wiatraki… i jeszcze jedno: oby się nie okazało, że patrząc na „niby demona”, stracisz z pola widzenia miecz, który masz za plecami.