Byłem ostatnio na dwóch spektaklach religijnych. Na dwóch, diametralnie różnych sztukach. Moje zdanie chyba nikogo nie zdziwi – temat religii, wiary, duchowości w przełożeniu na język teatru, musicalu czy jakiejś innej formy wyrazy – albo przybiera formę naprawdę dobrej jakości „produktu” albo farsy i kiczu ociekającego tandetną cukierkowatością, rodem z wizyty na straganie odpustowym.

Dwa światy

O pierwszym spektaklu nie będę pisał szczegółowo. Pominę milczeniem nazwę, twórców, tylko ze względu na szacunek. Nie zmienia to faktu, że tego typu produkcja trafia do tego drugiego „worka sztuki”, o której wspomniałem wyżej. Obawiałem się tego, że autorzy nie poradzą sobie z tematem, który niestety przez ostatnie lata został, i będzie to odpowiednie określenie, „zmielony” na wszystkie możliwe strony. Łatwo się domyślić o jaką postać chodzi, którą darzę niezwykłym szacunkiem, ale to, co zrobili z niej ludzie zarówno ci z duchowieństwa, jak i zapaleni świeccy, w wielu przypadkach woła o pomstę do nieba. Tak było i w tym konkretnym przypadku. To, co mogło się wydawać czymś ambitnym, niestety okazało się ciężkostrawną „kremówkową” papką, w połowie której musiałem wyjść ze względu na ból żołądka i serca.

Kicz przeplatany teologiczną groteską – tak w skrócie można opisać to, co nie tak dawno mogłem oglądać w Tauron Arena. Najbardziej żal mi twórców. Usłyszałem, że przygotowania trwały kilka lat, wiele osób wzięło udział w realizacji tego projektu, naprawdę sądziłem, że będę świadkiem innego podejścia do tak trudnego tematu, do tak wieloaspektowego, tytułowego bohatera, a otrzymałem coś w rodzaju cyrku – wchodzisz, oglądasz małpki, które skaczą, paru klaunów, jeszcze jakieś zwierzęta i tyle. Pusta, nic nie wnosząca rozrywka, a temat wymagał i stał się przysłowiowym „głazem”, który przygniótł samych twórców. I tyle… mógłbym tak długo, ale wydaje mi się, że nie warto tracić czasu.

Maranatha w Teatrze Polskim

Po doświadczeniach pierwszego spektaklu, w chwili gdy otrzymałem zaproszenie do Teatru Polskiego w Warszawie na sztukę „Maranatha”, zapaliła mi się czerwona lampka… ostrożnie. Obawy miałem do samego końca, cały czas byłem przygotowany na idealny produkt ubrany w zgrabny strój kiczu i cukierkowatej teologii. Miałem dość oglądania idiotów skaczących po scenie śpiewających jeszcze głupsze piosenki w stylu pielgrzymkowego hitu „Chrześcijanin tańczy…”. Zwyczajnie miałem dość robienia z wiary i duchowości szopki, która nijak ma się do zdrowej i trzeźwej nauki jaką przy dobrej refleksji możemy wyciągnąć i wykorzystać w normalnym, zwyczajnym życiu. Wyskoki duchowe w postaci ekspresyjnych form, gdzie młodzież tańczy, cieszy się i wszystko jest happy; wszelkiego rodzaju happeningi i innego rodzaju zloty, może i z zewnątrz są wręcz cudowne, mnie ciekawi co jest potem. Kiedyś spotkałem się ze stwierdzeniem, że paradoksalnie na polach namiotowych, przez które przetoczyła się fala pobożnej młodzieży pielgrzymkowej, najwięcej można znaleźć pozostałości po „nocnych igraszkach”, które sprzątają służby porządkowe. Coś podobnego zasłyszałem kiedyś w wyznaniach jakiegoś lektora, który chwalił się innemu koledze, że właśnie na pielgrzymce zaliczył po raz pierwszy jakąś koleżankę w romantycznej atmosferze stodoły i pachnącego siana. Dlaczego o tym piszę? Chodzi mi o bardzo prostą rzecz: czasami forma wyprzedza treść i istotę tego, co najważniejsze, czasami zostaje tylko forma – dobrze zrobiona, ale tak naprawdę pusta.

Maranatha_fot__Marta_Ankiersztejn

Wrócę do sztuki „Maranatha”, która stanęła po drugiej stronie granicy moich doświadczeń, gdzie piękno to nie kicz, ale to coś prostego a zarazem wywołującego głęboki proces myślowy, refleksję, to co w teatrze nazywamy „katharsis”.

Ujęło mnie ciekawe połączenie – prostota formy i skomplikowany przekaz, nie powiem że to sztuka dla każdego, ale zdecydowanie dla tych, którzy nie boją się myśleć… Przyznam się szczerze, że wielu rzeczy do dzisiaj nie rozumiem, jednak wydaje mi się, że to dobry znak, ponieważ to, co usłyszałem i zobaczyłem cały czas siedzi mi w głowie.

W obrazie, który mogłem oglądać w Teatrze Polskim w Warszawie, mamy przegląd treści wielu autorów, wszystko to połączone ze śpiewem, obrazami i monologami, w klimacie półmroku tworzy wręcz mistyczny klimat. Ścierają się tutaj dwa światy, rozumu i duszy, a wszystko obraca się w orbicie zdroworozsądkowego patriotyzmu, gdzie nie potrzeba kanonizować nikogo, ani niczego. Fundamentem całości jest duchowość, na którą widz patrzy z różnych perspektyw. Nie ma tutaj jakiejś chronologii, jesteśmy bombardowani z różnych stron treścią, co wywołuje bardzo pozytywny proces myślowy, coś na rodzaj burzy mózgów.

Forma jest sprowadzona do minimum, ważne jest SŁOWO i to jakie ono ma znaczenie w naszym życiu. Czy będzie to kolejny wpis na Facebooku? Nic nie znacząco notka? Czy też stanie się to początkiem jakiejś zmiany, albo chociażby pewnej refleksji…

„Maranatha” wywołuje niepokój, bo można inaczej. Wiara i duchowość jest tutaj odarta z wszelkiej słodyczy, nie ma tutaj Boga ubranego w piękną sukienkę folkloru religijnego. Jeszcze raz powtarzam, mamy do czynienia z  gołym SŁOWEM i to wystarczy, nie potrzeba więcej. Bywa tak, że wręcz truchlejemy patrząc na Krzyż i emocjonalnie zalewamy się łzami słuchając kolejnych, smętnych pieśni Gorzkich Żali (nie będę tutaj wchodził w poprawność dogmatyczną niektórych z nich),  a może pomyliliśmy kolejność? Co było na początku? Puste emocje i folklor religijny? Wydaje mi się, że warto sięgnąć do źródeł…