Pod moim artykułem o medytacji chrześcijańskiej rozpętała się niezła dyskusja (pierwotnie tekst ukazał się na PSPO) Bardzo się z tego cieszę, bo widać że temat jest ciągle świeży i sprawia, że czytelnicy wyrażają skrajnie rozbieżne opinie :) Trochę się jednak temu dziwię. Medytacja chrześcijańska jest w Kościele katolickim od dobrych kilkudziesięciu lat. Nie wiem, jak to było za czasów Johna Maina OSB, ale mogę się domyślać, że łatwo nie miał. Jak to już pisałem, ludzie którzy wprowadzają coś nowego do społeczeństwa, do Kościoła, zazwyczaj są mocno krytykowani, a ich poglądy kwestionowane. Jednym słowem, są na marginesie…

Wydawać by się mogło, że po tylu latach głosy na „NIE” ucichną i sprawa medytacji chrześcijańskiej, jak to było w innych przypadkach, przejdzie do porządku dziennego. Jednak jest inaczej – ciągle coś nie pasuje, kłócimy się o różne sformułowania, określenia. A ostatecznie wychodzi na to, że każdy ma swoją rację i uparcie się jej trzyma nie otwierając się na jakąkolwiek dyskusję. Jedni powołują się na biskupa i traktują go jako wyznacznik w polemice, czy medytacja chrześcijańska jest OK… Ja podałem tekst Pawła VI, – papieża, zaznaczam – do osobistej lektury, na temat stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich. O ile się nie mylę, to nikt się nie odniósł do tego dokumentu.

Kłócimy się o różne sformułowania, określenia. Czy warto?
Być może lekko przesadzę, ale uważam, że postawa nieprzyjmowania prawdy o istnieniu tej właśnie formy modlitwy jest bardzo wygodna. Człowiek w swej naturze ma jakąś awersję do zmian. Wolimy to, co już jest zatwierdzone i pewne. Wszystko inne to wymysł ludzki, bez żadnych duchowych korzeni. W tym trwaniu, w takiej wygodnej pozycji, mamy szereg argumentów przeciw. Korzystamy z wypowiedzi (czasami powierzchownych) różnych autorytetów, czasami sami w ogóle nie zagłębiamy się w temat, o którym jest mowa. Jesteśmy takimi mistrzami „jednej książki”, natomiast rzeczywistość jest zupełnie inna i znacznie głębsza.

Ciężko walczyć o zmianę postawy w naszym polskim społeczeństwie, dlatego uparcie twierdzę, że ciągłe dyskusje są zbędne; zwyczajnie trzeba robić swoje. Podejmując grę słowną, stracimy tylko czas, który można spożytkować w zupełnie inny sposób i przyczynić się do jeszcze szerszego rozpropagowania medytacji chrześcijańskiej.