Mam to szczęście, że ostatnimi czasy trafiam na ciekawe publikacje, których autorzy poddają refleksji sprawy wiary, tradycji i Kościoła. O pierwszej, „Kryzys i odrodzenie”, miałem okazję napisać recenzję; druga to „Mikroteologie” Macieja Bielawskiego, w której zaciekawiły mnie krótkie, zwięzłe spostrzeżenia autora, umieszczone na końcu książki, będące skrótowym podsumowaniem, inną propozycją Kościoła. Czy słuszną? To chciałbym poniżej omówić…

Odwaga

Niezwykle cenię sobie odwagę mówienia czy też pisania o sprawach, które w opinii wielu raczej powinny być zamiecione pod dywan. Po części pisałem o tym we wpisie „Ciasny gorset”. Pikanterii dodaje fakt, że sprawa dotyczy Kościoła jako instytucji, co dodatkowo wprowadza pewien niepokój.

Zasadnicza część książki „Mikroteologie” to utrzymane w formie felietonów konkretne tematy, przekrojowe spojrzenie na historię Kościoła i duchowość. Mnie jednak uderzyły trzy fragmenty, umieszczone pod ciekawym tytułem „Centuria eklezjalna”. Jak pisałem wyżej, to krótkie przedstawienie osobistego poglądu autora – 100 punktów zdrowej eklezjologii. Dlaczego użyłem określenia „zdrowej”? Z bardzo prostego powodu: dla mnie określenie „zdrowe podejście” oznacza takie nastawienie, które obejmuje swoją refleksją zarówno pozytywną stronę, jak również negatywną. Powiem tak: mamy tutaj do czynienia z obiektywną eklezjologią, która nie boi się mówić, jak jest.

Po wstępie czas na przedstawienie tego, co tyczy się naszego tematu. Z góry zaznaczam, że będzie to tylko opinia cząstkowa i subiektywna. Poniżej umieszczam trzy fragmenty z centurii Macieja Bielawskiego, które wywołały u mnie „dreszcz niepokoju”, ponieważ gdy się nad nimi głębiej zastanowić, okazują się jak najbardziej zgodne z rzeczywistością:

Dwudziesty wiek przejdzie do historii jako wiek eklezjologii – w żadnej z minionych epok nie wyprodukowano tylu ksiąg o Kościele. Można więc mówić o dorobku, można jednak dostrzec w tym samouwielbienie, narcyzm i łabędzi śpiew. Dobrą stroną tego eklezjologicznego rozgadania jest także i to, że rodzi ono mdłości i w końcu zaczyna się tęsknić do samego Boga. Siedzenie w zamkniętym i dusznym pomieszczeniu rodzi tęsknotę za otwartą przestrzenią, świeżym powietrzem i światłem. Kościół przysypał się słowami na temat samego siebie i jest jak zakurzony witraż – światło z trudnością przezeń się przedziera. Czy można witraż umyć, czy też trzeba go rozbić?

Chrześcijaństwo względnie łatwo przyjęło fakt Bóstwa Jezusa Chrystusa (sobór w Nicei, 325 r.). Już trudniej przyszło mu zrozumieć i zaakceptować Jego człowieczeństwo (sobór w Chalcedonie, 451 r., po którym nastąpiły podziały chrześcijaństwa trwające do dzisiaj). W eklezjologii jest jeszcze gorzej – Kościół łatwo się „ubóstwia” i przedstawia się jako doskonały (societas perfecta Roberta Bellarmina), a w osobie papieża, przemawiającego ex cathedra, występuje jako nieomylny (Vaticanum I) i działa, jakby naprawdę taki był. O wiele trudniej przychodzi mu uznać swój ludzki, ograniczony, cienisty wymiar.

Intrygujące sformułowanie Jana Pawła II, że człowiek jest drogą Kościoła, można odczytać także w sposób tragiczny: wielokrotnie Kościół przejeżdża po człowieku jak walec, miażdżąc go i niszcząc, nie licząc się z jego człowieczeństwem.

Patrząc na Kościół dzisiejszy z perspektywy 2000 lat historii jesteśmy gotowi zredukować ten obraz do bardzo pięknego i ułożonego dzieła. Tradycja i teologia uszyte na miarę wydają się tak bardzo perfekcyjne, że aż nierealne. W tej redukcji dochodzimy, jak to stwierdza Maciej Bielawski, do swoistej monofizyckiej wizji eklezjalnej, podkreślającej tylko aspekt boski. Warstwa naturalna, czyli człowieczeństwo Kościoła, zostało pominięte, wręcz zepchnięte do niewygodnej strefy, o której lepiej nie mówić. Ale uwaga – dywan, pod który zamiatamy wszystko i wszystkich, ma też swoją „pojemność”.

Dopiero te trzy fragmenty uświadomiły mi, bardzo wyraźnie, że problem jest naprawdę poważny. Kościół jako ten, który zasypał się różnego rodzaju teoriami, strukturami i koncepcjami. Kościół rozgadany, który wywołuje mdłości. Kościół ubóstwiony, odrzucający swoje własne człowieczeństwo. Ta warstwa kurzu przesłania to, co istotne, czyli samego Boga i Jego słowo, prostotę Ewangelii i zwykłego, dobrego życia z drugim człowiekiem. I słusznie tutaj autor pyta, czy można witraż umyć czy też trzeba go rozbić?

Skrajność? W dzisiejszych czasach ciągłego przekraczania granic, określiłbym tę diagnozę jako słuszne i zdrowe pytanie o dzisiejszą kondycję Kościoła. Fakt, można zamknąć się w ciasnym gorsecie folkloru religijnego, gdzie poziom duchowy sprowadzony jest do klepania pacierzy i skrupulatnego liczenia własnych grzechów. Można i tak, ale jest też inne rozwiązanie. Wystarczy się tylko wychylić i zobaczyć „inną” stronę Kościoła. Mając całościowy obraz, można mówić o sięganiu do źródeł. Trzeba się też z tym liczyć, że ściągnięcie klapek z oczu nie wszystkim się spodoba. Pamiętać trzeba, że tłum nie akceptuje zmian, a tym bardziej wytykania wad i braków.

Inny, ale rzeczywisty

W tym swoim zabieganiu chodzimy jak we mgle, rzucamy się na wszystko, co tylko jest nam na rękę. Tworzymy w sobie synkretyczną religię, która jest przypadkowym zlepkiem różnych poglądów, coś na rodzaj frankensteina – wersją pozszywaną, ohydną i kończącą się śmiercią, w tym przypadku śmiercią duchową. Zamieszanie informacyjne, natłok komunikatów dodatkowo wzmacnia naszą nieświadomość. A przecież można się zatrzymać i, o dziwo, okazuje się, że te wszystkie prawdy są wokół nas. To, co wydaje się inne i wyssane z palca, jest rzeczywistością wypartą, w którą nie chcemy wierzyć.

Dlatego też cenne są opinie Macieja Bielawskiego, który nie boi się pokazać Kościoła w harmonii cielesno-duchowej, bo tylko taka równowaga jest prawdziwa i rzeczywista. Jakikolwiek przechył grozi redukcją i szerzeniem ciemnoty wśród wiernych. Pytanie, które postawiłem w temacie wpisu jest o tyle trudne, że każda z opcji jest związana z poważnymi konsekwencjami. Z jednej strony „umycie witrażu” nie rozwiązuje problemu, jest tylko częściowym zajęciem się problemem. Z kolei mocne cięcie nie każdy udźwignie, może dojść do wykrwawienia. Z pewnością nie dam tutaj jasnej odpowiedzi, ponieważ nie jest ona możliwa.

Jedno jest dla mnie pewne: warto szukać, pytać i czytać. Zamknięcie się w ciasnym, dusznym światku własnej wizji Kościoła do niczego nie prowadzi, jedynie do frustracji niespełnionych oczekiwań. Ktoś powie, że brak czasu, codzienne zajęcia, rodzina itd. Wyznaję zasadę, że określenie „nie mam czasu” jest jednym z głupszych wytłumaczeń własnej arogancji i lenistwa. Jak się chce to się da zrobić wszystko. Dobra organizacja czasu i niezajmowanie się pierdołami, i zawsze można znaleźć 10–15 minut na wartościową lekturę. Ale to wszystko jest w przestrzeni własnych wyborów. Tylko nie dziwcie się, że w pewnym wieku okazuje się, że nie wiesz, na czym stoisz i panicznie szukasz złotych środków na rozwiązanie wszystkich duchowych problemów. I nie zwalaj wszystkiego na Boga, bo On nie ma z tym nic wspólnego…