Przesada? Raczej nie… Słowa są konkretne, nad nimi jakoś szczególnie nie trzeba debatować, one są i wystarczy. Zrozumienie tych słów to już zupełnie inna sprawa. Potrzeba wtedy refleksji i spojrzenia z różnych stron. Przeczytanie jednego artykułu nie wystarczy. Lektury pism, które powstały na przestrzeni IV-XV wieku, nie można zbyć jednym ani dwoma felietonami czy też ocenić na podstawie słów jakiegoś autorytetu. One wymagają i tutaj tkwi problem cudu.

Do tej pory cud nagle się pojawiał, czytamy jeden i drugi nagłówek, jest potwierdzenie Kościoła, no i sprawa załatwiona. Żadnego wysiłku, wierzymy i wszystko jest w jak najlepszym porządku. Cud Filokalii jest problematyczny, ponieważ wymaga osobistego wysiłku, a tego nie lubimy. Po co sięgać do źródeł, jeżeli możemy skorzystać z opracowań bazujących, w lepszym lub gorszym wydaniu, na wypracowanej tradycji Ojców Pustyni.

Wykonałem parę lat temu „dramatyczny ruch” w celu zweryfikowania wszystkiego co do tej pory robiłem i w co wierzyłem. Wymagało to decyzji, powie ktoś, bardzo odważnej. Zwrot o 180 stopni, szczególnie jeśli chodzi o duchowość i praktykę. Zauważyłem jedno: wiara przekazywana na zasadzie „babcia – wnuczek” okazała się ciasnym kloszem folkloru religijnego, czymś co pokazało mi, że totalnie stanąłem w miejscu. Słyszałem: Jacuś jest taki porządny; tak bardzo chciałem to utrzymać, że robiłem wszystko, aby wszyscy byli zadowoleni. Praktyka w oparciu o strach bo, co ludzie powiedzą to rak, który mnie pożerał od środka. Gotowy „religijny bigos”, który został mi podany w dzieciństwie i tak karmiony doszedłem do rozdroża, na którym trzeba było coś zrobić. Albo zostać przy tej imitacji wiary, lepiej: postawy, która zadowala wszystkich wokół (rodzinę, środowisko, tłum) lub odwrócić się od wszystkiego i zacząć wszystko od nowa. Ta druga opcja wiąże się z pewnymi konsekwencjami, mianowicie praktyka i wiara musi się ponownie narodzić (pierwszy etap to odrzucenie wszystkiego), którą muszę przyjąć ja; nie może to być wytwór tego, co przekazało mi społeczeństwo, rodzina bo tak wypada. Muszą to być wartości przyjęte w zupełnej swobodzie osobistej. Nie na zasadzie a co ludzie powiedzą tylko w totalnej zgodzie z samym sobą. Szybki obraz: kiedyś zapytałem o pewną parę, która wzięła ślub, chodziło mi głównie o odpowiedź na pytanie: dlaczego to zrobili? Skąd taka ciekawość? Z obserwacji ich „dziwnej” relacji. Ta druga osoba mi odpowiedziała: Wiesz, mieszkali na początku ze sobą, taki dobry układ: ona robi za służącą, a on korzysta z usług; ale że na wsi zaczęli gadać to dla świętego spokoju wzięli ślub. Dramat? Parodia życia? Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie czy taki układ jest do przyjęcia. Okazuje się, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do karykatury wiary również…

Ten „dramatyczny ruch”, który wywrócił moje życie okazał się z biegiem czasu „osobistym cudem”, który pozwolił mi poustawiać wiele rzeczy i wartości, uporządkować to, co narosło przez lata. Początkowo nie było łatwo, wzrok innych, szepty za plecami, opinia najbliższych. Jednak oczyszczenie poskutkowało, wtedy również na mojej drodze pojawiła się duchowość Ojców Pustyni, w skrócie: powrót do źródeł, czyli to, czego mi było potrzeba. Rozpoczęliśmy projekt FILOKALIA, przeczytałem dostępny wybór z całości pt. „Filokalia. Teksty o modlitwie serca”. Zaczęły się zmiany…

Cud Filokalii to nic innego jak wzbudzenie chęci poznania samego siebie, bez masek. Ostatnio gdy rozmawiałem z ojcem Szymonem Hiżyckim OSB, z którym prowadzimy cały projekt, powiedział mi, że czytając Filokalię dochodzi coraz bardziej do wniosku, że modlitwa nie stanowi głównego tematu dzieła, ale chodzi o człowieka w całej jego istocie duchowo-cielesnej.

Dlaczego Filokalia tak bardzo mnie fascynuje? Z bardzo prostego powodu: są to teksty, które pisały osoby bazując na własnym doświadczeniu. Na zasadzie prób i błędów przekazali nam wnioski do jakich dochodzili zazwyczaj pod koniec życia. Fascynacja tymi pismami wzięła się chyba z tego, że zobaczyłem w nich samego siebie. Podobnie jak oni w pewnym momencie życia stanąłem na pustyni i musiałem się pozbierać, aby nie zginąć. Zupełnie „nagi” rozpocząłem w wieku 30 lat na nowo szukać źródeł wiary i tej fascynacji. Teraz widzę to wyraźnie: w momencie kiedy określę, że tak, to jest ta droga, będę mógł wkroczyć na grunt praktyki. Aktualnie jestem na poziomie weryfikacji oraz „prób i błędów”. Zobaczymy, co będzie dalej…

Teraz trochę bardziej praktycznych informacji. Wiele osób może zapytać: co w tym takiego nadzwyczajnego, że rozpoczęliśmy proces tłumaczenia całej Filokalii? Ponieważ do tej pory nikt, zarówno z Kościoła katolickiego, jak i Prawosławnego nie podjął się inicjatywy całościowego przekładu na język polski Filokalii. Powodów można się doszukiwać wielu, ale fakty są takie, że dotąd mieliśmy tylko wybór przygotowany przez ks. J. Naumowicza. Teraz się to zmieniło. Pierwszy owoc, czyli wybór z I tomu już jest dostępny, możecie sięgnąć po dwa pisma, których autorami są Pseudo-Antoni Wielki i Izajasz Anachoreta. Taka ciekawostka: Filokalię (wydanie ateńskie Φιλοκαλία τῶν Ἱερῶν Νηπτικῶν z lat 1957-63) otwiera, paradoksalnie, tekst autora pogańskiego, który podszył się pod Antoniego Wielkiego, stąd dodatek przed imieniem „Pseudo”.

2

Filokalia to wspólne dziedzictwo Wschodu i Zachodu. Byłem przekonany, że Prawosławie odrzuci to, co przygotowaliśmy. I tutaj pojawił się kolejny „cud”. Odezwał się do mnie jeden z księży prawosławnych, który powiedział, że z chęcią przeczyta wybór z I tomu Filokalii, i pokaże pewnemu arcybiskupowi. Ta roztropność i dystans bardzo mnie ujęły. Nie było w tym płytkiego zachwytu, ale podejście do sprawy bardzo poważnie. Przejrzymy i napiszemy co sądzimy… To jest właśnie to, o czym pisałem wyżej – Filokalia wymaga. Cieszy mnie sam fakt chęci przyjrzenia się tłumaczeniu. Zdaję sobie sprawę, że po zapoznaniu się z tekstem może się okazać, że jednak to nie jest to, czego Kościół Prawosławny oczekiwał, ale ważne że był namysł i refleksja, wspólna refleksja. To już jest jakiś krok… Coś w rodzaju kropli, która regularnie spada na skałę. Po latach okaże się, że przestrzeń wyżłobiona przez wodę ukaże prześwitujący promyk nadziei dialogu, który już się dzieje.

Przed opublikowaniem wyboru z I tomu Filokalii miałem okazję rozmowy z głównym redaktorem ojcem Szymonem Hiżyckim OSB na temat całego dzieła. Wywiad otwiera publikację Pseudo-Antoni Wielki, Izajasz Anachoreta, który pierwszy odcinek możecie przeczytać na stronie projektu TUTAJ. Poniżej udostępniam fragmenty, z którymi warto się zapoznać.

Jacek Zelek: Interesuje mnie jak, od strony praktycznej, wygląda proces tłumaczenia i redakcji. Krok po kroku…

Szymon Hiżycki OSB: Na samym początku czyta się tekst w oryginale, kolejnym punktem jest zrozumienie go, a następnie próbuje się dany tekst opowiedzieć po polsku. I dopiero gdy zrozumiesz i przełożysz sobie to w głowie po polsku, możesz rozpocząć proces tłumaczenia.

I co dalej?

W samym już procesie tłumaczenia niezwykle ważne jest, aby dobrze uchwycić styl samego autora, jakimi pojęciami się posługiwał i potem starać się wiernie oddać to po polsku. Przykład: nasz tłumacz Cezary Dobak, pracując nad tekstem Pseudo-Antoniego Wielkiego, zetknął z niezbyt wyszukanym stylem greckim, dlatego też w polskim przekładzie celowo zostały użyte, w pewnych fragmentach, słowa i określenia w stylu takim, jaki został zastosowany w oryginale (możemy się spotkać z takimi słowami, jak „głupek”, „ignorant” itp.). Użycie niezgrabnych słów w przekładzie nie jest efektem tego, że tłumacz sobie nie radził, ale wynika z niezgrabności języka w tekście oryginalnym.

A teraz może parę słów o samym procesie redakcyjnym.

Czytam całość, analizując słowo po słowie. Na jednym ekranie mam tekst grecki, na drugim tekst przekładu, porównuję i jednocześnie zaznaczam słowa, pojęcia, które będą wymagały komentarza, czy też umieszczenia w słowniku. Przykładowo: w tekście przekładu mamy słowo „medytować”, a w języku greckim jest to oddane za pomocą meléte.

W dosłownym tłumaczeniu meléte znaczy…

Jest to bardzo skomplikowane określenie, które zarówno może oznaczać ćwiczenie, wysiłek, jak również recytację. I składając to wszystko razem, możemy je oddać jako: recytować tekst na głos. Podobnie jak łaciński odpowiednik meditari. Nie chodzi o to, że usiądę i będę się zastanawiał, o co w tym tekście chodzi, tylko wypowiadam tekst na głos jeszcze raz. Gdy w starożytności retorzy pracowali, uczyli się tekstu na pamięć i potem stali przed lustrem i je recytowali. Podobnie i mnisi, ćwiczyli i uczyli się na pamięć całych fragmentów z Pisma Świętego, a potem je recytowali, nie w znaczeniu bezmyślnego powtarzania słów, ale by jeszcze lepiej zrozumieć dany fragment. Im więcej razy powtórzę dane słowo lub tekst, na więcej szczegółów zwrócę uwagę. Podobnie jest w XIV Rozmowie u św. Jana Kasjana, gdzie jest mowa o wiedzy duchowej, do której nie dochodzi się poprzez mądrość świecką, tylko poprzez cnotliwe życie i medytację; człowiek zastępuje złe myśli dobrymi słowami z Pisma Świętego poprzez nieustanną recytację Bożego Słowa.

I to wszystko trzeba zmieścić w krótkim komentarzu, tak żeby czytelnik wiedział, o co chodzi i by przestrzec go przed złą interpretacją danego zwrotu.

A jak to wyglądało w przypadku tekstu Pseudo-Antoniego Wielkiego? Były jakieś problemy?

Wychodzi na to, że Filokalię, według naszych domysłów, otwiera tekst niechrześcijański, którego autorem jest jakiś filozof, określony w rękopisie jako św. Antoni Wielki. Ponieważ z pewnością Ojciec Mnichów i autor wydanego dziełka to dwie różne osoby, dlatego dodano „pseudo”.

Jak rozumieć takie „oszustwo”?

W takim przypadku musimy się wczuć w myślenie autorów starożytnych. Jeżeli dzisiaj ktoś kradnie tekst sztuki Mrożka, podpisuje ją swoim imieniem i zbiera pochwały. W starożytności było odwrotnie, anonimowy autor pisał tekst i podpisywał go, dajmy na to, „Platon”.

Dlaczego?

Żeby ludzie to przeczytali. Autorom chodziło o jedno: aby tekst zyskał renomę i odbił się szerokim echem. W przypadku Antoniego Wielkiego wystarczy wziąć do ręki 35. tom Źródeł monastycznych, gdzie mamy szereg tekstów mu przypisywanych, a które powstawały mniej więcej aż do X wieku. Jesteśmy niemal pewni, że siedem listów napisał rzeczywiście św. Antoni Wielki, reszta wyszła jednak spod pióra innych autorów. Ale tak to już było: ludzie upubliczniali pod imieniem znanego autora doktrynę duchową, według myśli człowieka, pod którego się podszywali. I potem, aby nadać powagę takiemu dziełu, nie podpisywali go swoim prawdziwym imieniem, tylko sygnowali tekst jako Antoniego Wielkiego, dzięki czemu mieli gwarancję, że wszyscy to przeczytają. Przecież nikt nie będzie dyskutował z Antonim.

Podobna sytuacja jest ze św. Makarym Wielkim. Spuścizna duchowa, zebrana na kilkuset stronicach, w dużej mierze nie pochodzi bezpośrednio od niego; domyślamy się, że jedynie króciutki list Ad filios suos może być jego autorstwa, ale i to nie jest pewne. Jednak autorytet autora był tak wielki, że w ciągu lat przypisywano mu kolejne teksty…

W jaki sposób tłumacz i redaktor poznają takie nieścisłości?

Pierwsza sprawa, która tutaj jest istotna, to sama doktryna. Czy możemy założyć podczas lektury danego tekstu, że prezentowana doktryna jest tożsama z autorem, który widnieje w podpisie dzieła? Czy niewykształcony Egipcjanin był w stanie napisać tekst iskrzący się aluzjami do pism Platona? Mało prawdopodobne. Czy Antoni Wielki nieustannie mówiący o Bogu i nawróceniu w Żywocie, może w innym tekście, na ponad sto rozdziałów, wspomnieć Trójcę Świętą tylko raz i to tylko na siłę? Wątpliwości rodzą wydarzenia historyczne, które opisane w tekście, wydarzyły się po śmierci podanego autora. Dotyczy to również kształtu teologii. Przykładowo tekst św. Justyna (który został zamęczony w ok. 165 r.), w którym są aluzje do sporów trynitarnych, wskazują raczej na autorstwo kogoś, kogo nazwiemy Pseudo-Justynem.

Wychodzi na to, że plagiat był rzeczą normalną?

Nie myślmy źle o ludziach tamtych czasów. Oni nie znali pojęcia plagiatu. W Filokalii Pseudo-Antoni to nie odosobniony przypadek, podobnie jest w przypadku tekstów pism Nila z Ancyry, za którymi tak naprawdę kryje się Ewagriusz z Pontu. Dlaczego tak się stało? Ponieważ w pewnym momencie Ewagriusz został oskarżony o herezję, dlatego, aby zachować dobre teksty, kopista podpisał je jako Nil z Ancyry.

Znalazłem ciekawy cytat u Pseudo-Antoniego: Unikaj mówienia wielu ludziom słów o pobożności i dobrym życiu. Nie mówię tego z zawiści, lecz dlatego, że uważam, iż wydasz się głupcom śmieszny. Ezoteryzm?

Nie, to cytat, który bardziej nawiązuje do fragmentu: Nie rzucaj pereł przed wieprze… Każda wiedza, każde poznanie, każda sztuka zawiera pewne etapy. To jest tak, jak z dzieckiem, które jest zafascynowane matematyką: nikt o zdrowych zmysłach nie będzie mu od razu tłumaczył całek. Na wszystko przyjdzie czas, po przejściu pewnych etapów.

Ewagriusz mówi, że przed początkującym mnichem nie należy odkrywać wszystkich tajemnic Trójcy Świętej, ponieważ nie jest on na to przygotowany, prędzej mu to zaszkodzi niż przyniesie poznanie. Dlatego nie można w tym przypadku mówić o ezoteryzmie, ponieważ samo słowo zakłada pewien ekskluzywizm. Z kolei u Ewagriusza jest to raczej przemyślana pedagogia.

To tylko mały fragment całości. Filokalia ma tak wiele wymiarów, ale ten mój własny, osobisty jest najbardziej istotny. Owszem można żyć w ignorancji ciasnego klosza, ale czy warto się męczyć? Podejście świętego spokoju to nie ideał chrześcijaństwa; postawa, w której zadowalasz wszystkich wokół prowadzi, że pewnego dnia zdajesz sobie sprawę, że zestaw masek stał się twoją istotą, w prostej linii dochodzisz do wniosków, że tak naprawdę nie wiesz kim jesteś…