Po ostatnim, krótkim doświadczeniu spotkania z Siostrą Małgorzatą Borkowską OSB, postanowiłem sięgnąć głębiej, co zaowocowało lekturą trzech publikacji. Osobiste spotkanie swoją drogą, ale potrzebowałem poznać nieco więcej z twórczości Siostry Małgorzaty, która do tej pory nie była mi znana (a wystarczyło tylko sięgnąć ręką…  wstyd mi za moje lenistwo). Podczas nagrania Zakochanego Trubadura padło pytanie: Kto próbuje wydobyć, co Chrystus mówi o Ojcu? Słyszeliście takie kazania?

Przyzwyczajeni do petard i fajerwerków sypiących się z ambony, w sensie dosłownym i przenośnym, straciliśmy możliwość przyjęcia czystej teologii, która dotyczy Trójcy Świętej. Czytając Jezus, Syn Ojca czy też Rozważania o Wcieleniu Syna Bożego, mówiąc brzydko, odlatywałem, pojawiało się zniechęcenie. Mimo wielkiej ciekawości i zauroczenia tym, co mówi i pisze Siostra Małgorzata, doświadczyłem jak bardzo przesiąkłem chęcią otrzymywania czegoś atrakcyjnego. Musi być dużo przykładów i jak najwięcej odpowiedzi, i broń Panie Boże, żeby wymagać czegoś więcej od czytelnika. Spłaszczenie rzeczywistości do tylko jednego wymiaru – przeczytaj i zapomnij. Jeżeli tak, to szkoda tracić czasu na czytanie… musiałem zmienić podejście.

Osobiste spotkanie i lektura sprawiły, że teraz wiem trochę więcej, i mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że to, co słyszycie z ust Siostry Małgorzaty jest autentyczne. Ona tym żyje, tak myśli i to głosi. Apel do wielebnych łepetyn nie wziął się znikąd, ale z naprawdę głębokiej refleksji teologicznej podpartej wieloletnim doświadczeniem. Ktoś powie: to nie dla mnie. W takiej sytuacji chciałbym zapytać: co z ciebie za chrześcijanin? Jeżeli nie chcesz czytać o Bogu i Jego Synu, to przestań krzyczeć: Jestem wierzący! Jestem katolikiem!

Do tej pory nie miałem okazji czytać o Jezusie i Jego dziele zbawczym w taki sposób, w jaki prezentuje to Siostra Małgorzata Borkowska. Zwyczajnie i prosto. Decyzja, aby wyrazić jakąkolwiek treść teologiczną prostym językiem, jest skomplikowana i potrzeba tutaj niezwykłej zdolności, wielkiej kultury językowej i przede wszystkim czasu. Podobnie jak to mamy w przypadku Filokalii czy chociażby problemu interpretacji pism Ewagriusza z Pontu. Długie lata studiów i trud przebrnięcia przez stosy książek, stoją za tym, że otrzymujemy gotowy produkt, który możemy czytać z łatwością i zrozumieniem.

Tak, teologia wymaga. I działa to na kilku płaszczyznach. Dotyczy to zarówno rozumu, jak i życia osobistego. Ręce opadają, gdy widzę komentarze niektórych pobożnych ludzi, którzy pod poważnym tekstem poruszającym kwestię, dajmy na to, acedii, i piszą: tak trzymać; o jakież to trudne; to prawda. Nie mówiąc już o jednostkach, które masowo lajkują posty tylko ze względu na to, że spodobała im się pobożna grafika czy też ciekawy nagłówek. Trochę szacunku dla autora… a jeżeli nawet tego nie potrafisz, to zwyczajnie omiń rzekę newsów na twojej tablicy lub ewentualnie napisz coś ambitnego, wnosząc dzięki temu jakąś wartość pośród całego tego internetowego zamętu.

Wracając do rozumu i życia osobistego. Taki jest charakter teologii, która ma za zadanie zmieniać, i chodzi tutaj również o podejście do samej lektury. Jeżeli sądzisz, że po przeczytaniu jednej publikacji możesz podejmować polemikę z każdym, to nic innego z tego nie wyniknie, jak tylko niezły kabaret. W prostej linii prowadzi to do ignorancji, czyli człowieka-specjalisty od jednej książki. Różnorodne podejścia do tego samego tematu, wymagają od czytelnika, aby poznał możliwie jak najwięcej poglądów, z różnych stron. Jednostronność tworzy karykaturę. Nie mówiąc o inteligentnych dyskusjach, co po niektórych internautów.

Największy problem stanowi połączenie teologii i życia osobistego. W dobie petard i fajerwerków zawsze widzimy winę drugiego, która zazwyczaj jest naszą własną. Petardy i fajerwerki mają proste zadanie: zasłonić to, co istotne. Teologia to lustro, w którym się przeglądamy i chyba to jest najbardziej słuszne określenie.

Jest jeszcze inna forma ucieczki. Emocje. O jakże my to lubimy, najlepiej jak to wszystko jest połączone z wyobraźnią. Tak bardzo jesteśmy porwani mistycznymi uniesieniami, że gadulstwo naszych myśli zasłania nam wszystko, a szczególnie Obecnego. Obrazuje to jeden z apoftegmatów (który również przytacza Siostra Małgorzata):

Mówiono o pewnym starcu, że kiedy siedział w celi i toczył bój wewnętrzny, zobaczył czartów i pogardził nimi, że tak go atakują. A czart, widząc się zlekceważonym przez starca, przyszedł i objawił się, mówiąc: „Jestem Chrystusem”. Na jego widok starzec zamknął oczy. Powiada diabeł: „Czemu oczy zamykasz? Jestem Chrystusem!” A starzec odpowiedział: „Ja nie chcę Chrystusa widzieć tutaj”. Gdy diabeł to usłyszał, zniknął. I z powodu wielkiej pokory starca, Bóg udzielił mu daru widzenia. Starzec jednak, wiedząc, że ludzie będą się schodzić, żeby go zobaczyć, prosił Boga, żeby mu zabrał ten dar (Apoftegmaty Ojców Pustyni, tom 4)

Od zawsze, doświadczenie Ojców Pustyni, kładło mocny nacisk na sferę wyobraźni, choćby wspomnieć tutaj św. Hezychiusza z Synaju, który pisał o trzeźwości wspomaganej modlitwą Jezusową. Wniosek jest prosty: wyobraźnia to furtka, nie tylko dla dobrych myśli…

116

Cała ta jednostronność prowadzi do katastrofy duchowej. W książce Sześć prawd wiary oraz ich skutki Siostry Borkowskiej przeczytałem ciekawy fragment, który dziwnie pasuje do tego, co swego czasu pisałem na temat postawy schizofrenii duchowej. Chodzi mi tutaj o sytuację, kiedy wierzący wychodząc z kościoła potrafi drugiemu wbić nóż w plecy, czy też często oglądana scenka na dziedzińcu kościelnym, gdzie jedna babcia z drugą obgadują tę ladacznicę pchającą wózek z dzieckiem (oczywiście wszystko to odbywa się świeżo po wysłuchaniu Ewangelii o spotkaniu Jezusa z jawnogrzesznicą). Zadawałem sobie pytanie o przyczynę takiej karykatury duchowej człowieka… i znalazłem odpowiedź u Siostry Małgorzaty w wyżej wspomnianej publikacji. Pokuszę się wręcz o określenie, że była to rewolucyjna odpowiedź. Nie powinna nas obchodzić religia (zespół przekonań, zwyczajów i praktyk), ale powinniśmy popaść w zauroczenie Bogiem; nie coś (religia), ale Ktoś. Zupełne odwrócenie priorytetów…

Paradoksalnie więc mówiąc, mniszki nie powinna obchodzić „religia”; powinien ją obchodzić Bóg. Nie coś, ale Ktoś. „Religia” to jest moja postawa, mój zespół przekonań i praktyk, a więc w gruncie rzeczy nadal ja. Bóg to jest to jedyne „Ty”, godne, aby Mu oddać życie i jeszcze mieć to sobie za przywilej i łaskę. Najgorszą herezją wszech czasów jest traktowanie Boga jako tematu; mówienie i myślenie o Nim, zamiast mówić i myśleć do Niego. Skutkiem takiego bezosobowego podejścia jest najpierw podzielone serce, a w dalszym rozwoju sprawy – faktyczna, choć może nie uświadomiona i nie deklarowana, niewiara (Małgorzata Borkowska OSB)

I jest to logiczne. W sytuacji kiedy całe życie duchowe skoncentrujemy tylko wokół coś wtedy postawa wyżej wspomniana – schizofrenia duchowa, jest jak najbardziej możliwa. Bez normalnych i zdrowych relacji z drugim, trudno o zdrowe życie duchowe. Jeżeli wchodzimy na poziom rozumienia wiary jako relacji do Kogoś, nie sposób oddzielić życia wiary i życia osobistego. Nie pojawiają się tak absurdalne sytuację w stylu: w kościele przykładnie klęczymy przed Najświętszym Sakramentem, a po powrocie do domu, nie jest dla nas problemem wybuchnąć złością na drugiego; donieść na sąsiadkę; po pijaku bić żonę i dzieci; znęcać się psychicznie na współmałżonku itp. Takie rozwiązania nie wchodzą w grę, ponieważ zwyczajnie nie pojawiają się jako opcja do wykorzystania. Trochę mi to przypomina refleksje wokół książki Sołowjowa Wielki spór, gdzie zostało podjęte ciekawe pytanie skąd schizma? Kwestia została wyjaśniona w oparciu o dogmat chrystologiczny, dotyczący dwóch natur Jezusa (powrót do fundamentów). I znowu pojawił się problem rozdziału, wyżej mamy podział naszego życia: inni jesteśmy prywatnie, a inni w życiu duchowym (lepiej: parafialnym); podobnie i w przypadku podziału na: Wschód i Zachód. Odpowiedź jest prosta: wszystko sprowadza się do jedności wszystkich aspektów życia, które prowadzą do skupienia się na fundamencie, czyli relacji z Kimś. Taki układ ustawia wszystko w jak najlepszym porządku, zupełnie naturalnym i zwyczajnym. Nie łudźmy się, jakiekolwiek modyfikacje kolejności czy przewartościowania, mogą prowadzić do pogłębiającej się karykatury życia osobistego i duchowego:

Trudno o głupszy widok w oczach ludzi i aniołów, niż zakonnica, która w kaplicy śpiewa z ogniem w oczach i głębokim przekonaniem „Wszystko, wszystko chętnie zniosę, Jezu, dla miłości Twej” – ale po wyjściu z kaplicy okazuje się, że owszem wszystko, z wyjątkiem bezczelności s. Petroneli, która znowu przeszła przodem, chociaż jest młodsza; i z wyjątkiem niedbalstwa s. Zyty, która znów nie przygotowała na czas wody na kawę; no a co do przełożonej, tej oczywiście sam Pan Jezus by nie zniósł i na pewno zrozumie ten wyjątek! I tak wyjątki kumulują się przez cały dzień, a następnym razem siostrzyczka znowu śpiewa tę zwrotkę z głębokim przekonaniem, że to prawda… Lepiej by na ten moment zaciskała wargi, albo przynajmniej robiła rachunek sumienia (Małgorzata Borkowska OSB)

Pusty emocjonalizm, który jest tak atrakcyjny i odczuwalny, kieruje nas w kierunku czegoś, a nie Kogoś, co wyraźnie widzimy w powyższym tekście. Jakiś niezwykły fałsz, który stał się czymś normalnym, uległ wręcz dogmatyzacji.

Wielu powie: Jesteśmy zalani mnogością obrazów; brakuje ludzi, którzy będą o tym mówić. A tak naprawdę: nie mamy na to czasu. Serio? A wystarczy tylko sięgnąć, po coś bardzo nieatrakcyjnego i mało przyjemnego: wejść do wewnątrz z pytaniem o moją relację do Kogoś. Co nas naprawdę obchodzi? I jaka jest kolejność? Jeżeli nie jesteś gotowy na rewolucję zmiany dotychczasowych utartych schematów, zaryzykuję i powiem, że nie powinieneś określać się jako chrześcijanin, czy też wierzący.

Wszystkie podjęte tutaj myśli oscylują wokół mnie samego i osobistych decyzji, o czym już miałem okazję pisać. Rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Tak, w pewnym momencie życia pomyliłem kierunki, które spowodowały dokładnie to, o czym Siostra Małgorzata napisała w powyższym fragmencie o rozróżnieniu pomiędzy coś a Ktoś. Do tej pory nie znalazł się nikt, kto w sposób zrozumiały wytłumaczyłby mi, czym jest religia. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby tak podchodzić do praktyki i życia duchowego. Z pewnością wchodzą tutaj również w grę i inne względy, które pominę milczeniem. To jest coś, co było ukryte, zaszufladkowane. Sądzę jednak, że przypadków nie ma i nie bez powodu trafiłem na taką okazję. Rozpocząłem nie od tej strony, co trzeba. Zdarza się… Zadziwiający jest fakt, że dopiero siostra zakonna otworzyła mi oczy, a nie jak to powinno być: kapłan z ambony. Lubię paradoksy, ale szkoda, że pojawiły się tak późno…