Nie lubię stagnacji i braku choćby małych inicjatyw, w które mógłbym się włączyć. Niektórzy nazwą to parciem na szkło, drudzy niezdrowym pracoholizmem. Tych inteligentów mam już dawno za sobą – kraczą, produkują potoki słów, z których nic nie ma i nic nie wynika. Trzeba robić swoje bez oglądania się na kogokolwiek.

Zauważyłem ostatnimi czasy, że towarzystwo na Facebooku znacznie się ożywiło w momencie kiedy opublikowałem kilka słów na temat katastrofy smoleńskiej czy też krytycznie spojrzałem na SacroExpo 2017. Nie ukrywam zadowolenia z faktu umieszczania przez użytkowników dłuższych, przemyślanych komentarzy, które widać to wyraźnie, w większości przypadków nie są produktem szybkiej, emocjonalnej odezwy, czy też zachwytu, który możemy często spotkać pod zdjęciami selfie, kotka czy też noworodka. Okazuje się, że nie jest tak źle z refleksją i pewnymi opiniami. Ludzie dyskutują…

Zbezcześciłem zwłoki

Fakt udostępnienia treści, która w jakiś sposób uderza w pewną mentalność dzisiejszego Polaka – wyznawcy katastrofy smoleńskiej – daje mu „z automatu” przyzwolenie na używanie bardzo wymyślnych określeń w kierunku autora krytyki. I tak pojawiło się stwierdzenie, że zbezcześciłem zwłoki Lecha Kaczyńskiego. Nie interesuje mnie podejmowanie dyskusji wokół „retoryki” tego użytkownika, o tym czy godzi się używać tak poważnych zarzutów i czy są one adekwatne do sytuacji. Interesuje mnie natomiast sama obserwacja całego zjawiska, czyli to, co się dzieje w głowach niektórych i jak głęboko zapuściło to korzenie w polskiej świadomości.

Doszło do takiej stygmatyzacji całej katastrofy smoleńskiej, że nie ma czegoś takiego jak granica w wyrażaniu się… powiem więcej, paradoksalnie to właśnie katolicy mają do tego stopnia śmiałość i wewnętrzny spokój sumienia, żeby komuś rzucić w twarz tego typu obelgami. Kierując się zasadą oko za oko, ząb za ząb wykreślają ze swojego słownika to, co istotne, a co się zwie przykazaniem miłości. Ta schizofrenia postaw, o której pisałem, to już norma, niebezpieczna norma. „Wyznawca smoleński” to mistrz w żonglowaniu słowami. Z jednej strony pokorny wierny słuchający w każdą niedzielę Ewangelii, a z drugiej wojownik, który nie zawaha się użyć wobec ciebie najwymyślniejszych epitetów w imię walki o ojczyznę… Jednym słowem: hipokryta.

Ksiądz stylista

Druga sprawa to również kwestia przekraczania granic… tym razem między kiczem a sztuką. Kiedyś zobaczyłem news: Pokaz mody na SacroExpo. Nie zwróciłem na to uwagi. Błąd. W tym roku postanowiłem zobaczyć więcej, obejrzałem krótką relację, która wywołała u mnie odruch zwrotny. Raz po raz na blogu staram się podejmować refleksję nad problemem folkloru religijnego, ale jak tutaj o tym pisać czy dyskutować, jeżeli publicznie taki cyrk rozgrywa się na naszych oczach i jest powszechnie dozwolony. Świadomie użyłem  określenia „cyrk”, ponieważ nie widzę tutaj nic innego jak tylko ślizgający się po powierzchni czysty biznes i pustą formę.

Drodzy księża aby ubogacić niedzielne kazanie warto założyć ornat z siecią rybacką, świeżutki, prosto z kolekcji wiosna / lato 2017. Dzisiejszy Kościół widzę, jako ten, w którym pusta forma daleko wyprzedziła treść. Wpatrujemy się w to i milczymy, bo kto by chciał wchodzić w dyskusję z proboszczem rodem z festiwalu W mojej stodole. Ale moment… przecież to jest ksiądz – stylista, którego tak bardzo potrzebują wierni, on ci wytłumaczy jak się ubrać, aby być dobrym chrześcijaninem. Uszyje ci gustowne wdzianko, tak żeby pasowało.

W przypadku takich „eventów” nikt się nie boi, że ktoś określi całe wydarzenie jako diabelskie… przecież to SacroExpo, już sama nazwa uświęca deformację polskiego Kościoła. Wybaczcie, ale nie dziwmy się oskarżeniom w kierunku liturgii i beznadziejnych homilii; i traktujmy na serio chęć powrotu do źródeł, do piękna i prostoty. Wniosek jest jasny: zatraciliśmy poczucie granicy między tanim, płytkim kiczem a tym, co faktycznie wypracowała tradycja i historia. Zachwycamy się i mówimy: przecież to wszystko jest na większą chwałę Bogu…

Uważałbym z porównaniami typu: ksiądz – stylista niczym się nie różni od… sam obraz, który możecie zobaczyć wyżej nie godzi się porównywać z czymkolwiek ani z kimkolwiek. Jest tak dużo inicjatyw, które są zrobione ze smakiem, przemyślane w łączności z tradycją (o dziwo najczęściej przygotowane przez osoby świeckie), że możemy podziękować i życzyć powodzenia organizatorom żenującego pokazu mody polskich duchownych na SacroExpo. Jeżeli chcemy zdrowego i głębokiego Kościoła jest jedno rozwiązanie: powrót do źródeł, definitywny, bez jakichkolwiek rozwiązań alternatywnych.

Duma

Pośród brudu, który wylałem są i przebłyski pozytywnych wieści. Po pierwsze: powoli kończę jeden projekt, którego zwieńczeniem będzie publikacja ze zbiorem wywiadów. Więcej nie chcę zdradzać, z bardzo prostego powodu, lepiej nie zadzierać z przyszłością.

Druga kwestia to rozmowa, którą ostatnio przeprowadziłem z Szymonem Hiżyckim OSB, a która zostanie włączona do publikacji (jako wstęp), w której będą dwa pisma z I tomu Filokalii, pierwszego polskiego przekładu (a propo sięgania do źródeł). Są to teksty Pseudo-Antoniego Wielkiego i Izajasza Anachorety, i taki też będzie tytuł wyboru.

filokalia_wybor

Jaka była idea rozmowy? Pomyślałem, że dobrze będzie przybliżyć polskiemu czytelnikowi niuanse tworzenia się na przestrzeni wieków tego, co nazywamy Filokalią czyli pism duchowych (IV – XV wiek), które zakorzeniły się szczególnie w prawosławiu. Rozmawialiśmy o początkach, o tym, co znajdziecie w środku publikacji; wyjaśniliśmy pewne sporne kwestie trudnych i wieloznacznych pojęć; jak również przyjrzeliśmy się zjawisku plagiatu w starożytności… Literatura związana z Ojcami Pustyni jest tak obszerna, że trudno się silić na uniwersalne odpowiedzi, taka objętość prowadzi do naturalnej redukcji i skupieniu się na wybranych aspektach. Tak czy inaczej czuję dumę, bo kilka lat spędzonych przy projekcie FILOKALIA powoli wydaje pierwsze owoce, które ufajmy w niedługim czasie urodzą pierwszy tom Filokalii.

Trzecia sprawa: wkrótce powinna się pojawić króciutka rozmowa z Ewą Landowską i Barbarą Bodziony zapowiadająca nowy tom „Pięknej Litery”, będzie to kolejna odsłona podręcznika do kaligrafii, w którym znajdziecie dwa kroje pisma: minuskułę karolińską i copperplate script. Kto jeszcze nie czytał pod linkiem znajdziecie pierwszy wywiad z Autorkami, jak również kilka refleksji na temat I tomu.

Ostatni punkt dzisiejszego wpisu to dalszy ciąg rozpoczętej serii „Cisza jest pełnią słowa”, w której okiem drona wędrowaliśmy po opactwie tynieckim. Kolejne materiały, które oczywiście przygotowaliśmy z Piotrem Chronowskim, będą dotyczyć krótkich form połączonych z myślami z Reguły św. Benedykta, czyli relaksujący spacer „w rytm” chorału gregoriańskiego.