Po ostatnich przemyśleniach na temat książki „Kryzys i odrodzenie” postanowiłem poruszyć temat swobody wypowiedzi, ze szczególnym uwzględnieniem polskiego Kościoła. Chodziło to za mną już od dłuższego czasu, przy okazji sam miałem okazję doświadczyć pewnych oznak komformizmu i bezpiecznego funkcjonowania pod kloszem jedynie słusznej racji.

Tłum

Nie ulega wątpliwości, że tłum to strefa bezpieczeństwa. Idziesz sobie w jednym kierunku, masz obok siebie bliskich, pełna akceptacja i względna tolerancja. Tłum jednak jest bezimienny i brak mu koloru. To szara masa poruszająca się w jednym kierunku. Nuda i kierat. Zawsze zastanawiałem się nad fenomenem jednostek, które zmieniały bieg historii, a w mniejszej skali osiągały szczyt sławy. Każda z tych postaci jest na swój sposób charyzmatyczna i cechuje się konkretnymi poglądami. Jednak jedno jest pewne każda z nich musiała przejść „piekło” wychylenia się spośród szarej masy.

Tłum nie lubi osób, które zatrzymują się i wychylają  poza szereg. To nie jest zgodne z algorytmem funkcjonowania. Tłum ma swoje zwyczaje, swoją wykładnię i spróbuj to zakwestionować. Patrząc na historię chociażby wielkich postaci Kościoła czy też innych religii, każda z tych postaci doświadczyła represji czy to od samego społeczeństwa, czy też od samej władzy. To były jednostki, które ukazywały w sposób jednoznaczny, że coś trzeba zmienić, aby wszystkiego „szlag nie trafił”. Z tego typu poglądami, zmiany ustalonych reguł, związana jest ścieżka po rozżarzonych węglach oskarżeń, a wręcz jawnej nienawiści, kończąc na eksterminacji.

Tłum nie znosi zmian. Po co otwierać klosz? Przecież jest nam tak dobrze… Takim mianownikiem spajającym całość i określającym tłum jest STRACH, przed władzą, drugim człowiekiem, opinią publiczną. Tłum kroczy w ciasnym gorsecie, który co jakiś czas pęka, i całe szczęście, że okresowo takie tąpnięcia mają miejsce.

Nieraz spotykam się ze stwierdzeniem, że w dzisiejszych czasach brakuje nam autorytetów. Nie dziwię się, ponieważ widzę wokół siebie „rozmycie i szarość”. Wielu kieruje się filozofią, że lepiej nie dotykać pewnych tematów, bo co powiedzą inni. Brak kolorytu postaw i jakiejś refleksji generuje postępującą stagnację, z której nic nie wynika.

Odrzuceni

Wszystko to możemy odszukać w większym lub mniejszym stopniu czy to w kulturze, polityce, jak również w Kościele. Niestety ten ostatni jest najbardziej narażony na wejście w sztywny gorset poglądów i opinii, a co gorsza hodowania tłumu, który blokuje postęp. Rozwój samej instytucji kościelnej pokazał, że ciężko tutaj mówić o czymś jednoznacznym. Nie znam bardziej elastycznej dziedziny naukowej niż teologia. Oscylujemy tutaj na cienkiej granicy pomiędzy tym co jest dozwolone, a już zakazane; pomiędzy dogmatem a herezją.

Jak Kościół reaguje na tych, którzy wychylają się z tłumu „pobożnych” ludzi? Najczęściej jest to bezwzględne odrzucenie, bez dyskusji. Pociągają za drążek i odcinają zbędną narośl. Jeszcze przed II Soborem Watykańskim panowała pewna egzotyka, czyli rzucanie klątw przez papieży, co jeszcze bardziej potwierdzało fakt poruszania się między rzeczywistością a abstrakcją. Celowo przejaskrawiam temat, aby wyciągnąć pewne kwestie, które może wreszcie trzeba rozwiązać.

Wchodząc jeszcze głębiej, na poziom już własnego otoczenia nie mogę się zgodzić na to, że coś co jest nieco inne, co ukazuje pewne problemy, o których może warto dyskutować, jest blokowane w imię komformizmu i zachowania bezpieczeństwa, bo a nuż ktoś zacznie pytać i drążyć. Piszę to tylko i wyłącznie ze względu na to, że sam doświadczyłem tego typu posunięć ze strony Kościoła. Dlaczego nie można pokazać piękna liturgii przedsoborowej? Co jest złego w tym, że skrytykuję biskupa za jego poglądy na temat medytacji? Dlaczego nie mogę wyrazić swojego zdania na temat trudnego i niezrozumiałego języka w oficjalnych tekstach papieża? Jaki jest cel nakładania kagańca osobom duchownym w kwestii wypowiadania się na tematy polityczne? Strach, który spłyca życie duchowe. Krążenie w orbicie tylko słusznych stwierdzeń jest zwyczajnie nudne i nikogo nie pociąga. To troszkę jest tak, jak w przypadku kazań – cukierkowa teologia polana pobożnym sosem – wychodzimy z Kościoła z przeświadczeniem, że tak naprawdę nic z tego nie pamiętamy, bo niby dlaczego? Papka słów, w większości przypadków, służy do zatkania kolejnej dziury czasowej. Nie jest to jakaś zadra, ale wydaje mi się, że trzeba o tym pisać.

Tego typu postawa, będę to powtarzał do znudzenia, nie prowadzi do rozwoju, to prosta droga do zamknięcia, bez otwarcia na zdanie inne niż moje odcinamy się od tlenu, dzięki któremu możemy żyć. Takie zbiorowe samobójstwo. Wierzę, że nieraz ryzyko otwarcia tego szczelnie zamkniętego tłumu, może wydać konkretne owoce w podjęciu pewnych zmian. Ale do tego potrzeba odwagi rządzących…