Kto dobrze słucha, ten wie, że hasło tu i teraz wielokrotnie powtarzał ś.p. ojciec Jan Paweł Konobrodzki OSB. Kiedy słuchałem Jego konferencji, które głosił przy różnych okazjach, jak mantra przewijało się powyższe określenie. Można się pokusić o stwierdzenie, że mamy tutaj do czynienia z pewną formą filozofii czy też stylu życia.

Dlaczego?

Mówiąc o tu i teraz nie sposób uciec przed zarzutem egocentryzmu. Celebracja chwili i życia jako takiego, dla wielu jest czymś bardzo odległym. Powiedziałbym wręcz, że taki styl oznaczony jest etykietką tylko dla liberałów. W takim układzie jeżeli tylko dla liberałów to znaczy, że trzeba się od tego trzymać z daleka. Nie mówiąc już o tym, że to źle wygląda w oczach innych.

Aby dobrze zrozumieć filozofię tu i teraz trzeba spojrzeć na drugą stronę, czyli nieprzyjemny rozkrok między rozpamiętywaniem przeszłości i planowaniem przyszłości – nieustanny potok myśli. Do zobrazowania problemu niech posłuży nawiązanie do modlitwy. Praktyka medytacji przestrzega nowicjusza przed tworzeniem w umyśle wszelkiego rodzaju wizualizacji Boga, kładąc nacisk na oczyszczanie rozbieganych myśli związanych z relacjami, domem, sprawami codziennymi itd., które zalewają wyobraźnię medytującego. Praktykujący musi trwać w chwili obecnej. Dlatego nie potrafię zrozumieć propagowania modlitwy, która oparta jest na wyobrażaniu sobie różnych scen biblijnych, co jest ewidentnym zaprzeczeniem idei wyciszenia, uspokojenia umysłu, nawet w przypadku, gdy mamy do czynienia z pobożnymi obrazkami. Ojcowie pustyni wyraźnie pisali o czujności i czystości umysłu, nie mówiąc już o wypracowanej tradycji modlitwy Jezusowej, w której prostota formuły pozwala zredukować natłok myśli do minimum (oczywiście na drodze wytrwałej praktyki). Tak czy inaczej chodzi o uniknięcie jakiegokolwiek roztargnienia, a z pewnością to, co oferują różne wspólnoty, gdzie obraz i dźwięk zakłócają wejście w strefę ciszy (zarówno tej zewnętrznej, jak i wewnętrznej) nie prowadzi do niczego dobrego. Bazowanie na pustych emocjach nakłada kolejną zasłonę przed tym, co istotne, czyli stanięcie tu i teraz w zupełnym ogołoceniu. W tradycji nazywa się to chmurą niewiedzy. W swojej przewrotności człowiek wybiera wygodną postawę zatrzymania się na jednym, bardzo atrakcyjnym poziomie – pustego emocjonalizmu, traktując modlitwę jako wybuch fajerwerków duchowych, mówiąc krótko: naiwna postawa, której fundamentem jest ignorancja i wygodnictwo bo jest miło i przyjemnie.

Wracając do sprawy skupienia się na przeszłości lub przyszłości, nie chodzi mi o krytykę jakiegokolwiek myślenia czy zdrowego planowania, ale o to, czym tak naprawdę żyjemy. Przeszłość to sprawa zamknięta, a przyszłość niepewna. Co się dzieje w chwili, kiedy stanowią one wyznacznik naszego życia? W pierwszym przypadku stajemy się rozgoryczeni, ponieważ tak wiele spraw nam się nie udało dokończyć lub ubolewamy nad tym, że słodycz sukcesu tak szybko minęła. Skupiając się tylko na przyszłości wpadamy w egzystencjalną nerwicę gromadząc, bo nie wiadomo, co będzie. Wiele razy słyszałem argument trzeba zadbać o własną starość. Serio? Ostatnio, uczestnicząc w Targach Seniora dowiedziałem się ile kosztuje zapewnienie sobie takiej przyszłości, w domu spokojnej starości i muszę przyznać, że jest to przerażająco droga perspektywa… ale na litość boską, nie można z tego powodu tracić chwili obecnej.

chwila_obecna_to_dar_losu_2

Paradoks

Paradoksalnie chwila obecna to najbardziej realny moment, kiedy jestem tu i teraz. Wiele razy pisałem, że nie chcę zadzierać z przyszłością i w żadnym wypadku nie zamierzam rozwodzić się nad tym, co złego czy też dobrego zrobiłem. Celebrowanie przeszłości tworzy efekt spoczęcia na laurach. Zrobiłem już wszystko w swoim życiu, teraz tylko pcham szarą rzeczywistość. Tragiczne…

Tu i teraz jest ulotna, dlatego jest to tak bardzo ważna rzeczywistość. Ulotność gdzieś nam umyka, boimy się jej, stąd takie zamiłowanie celebrowania przeszłości i nerwicowe gromadzenie zapasów na przyszłość. Rada jest jedna: skupienie na tym, co obecne da nam satysfakcję.

Kolejną odsłoną dramatu przeszłości to zatrzymanie się człowieka na urazach, konfliktach, nie mówiąc już o problemie pogodzenia się z odejściem kogoś bliskiego. W jakiś tajemniczy sposób ćwiczenie się w filozofii tu i teraz oczyszcza naszą świadomość, nasze myślenie i wszystko, co się wydarzyło złego w przeszłości. Zaznaczam, że taka postawa oczyszcza, a nie usuwa problemu… żeby była jasność.

Ciężko mi zrozumieć postawę pielęgnowania smutku po śmierci osób z naszej rodziny czy też bliskich przyjaciół. Odeszli i koniec… śmierć z nami nie dyskutuje. Popadać z tego powodu w depresję, a czasami nawet bezsens życia, wybaczcie, ale nie potrafię tego pojąć.

Ostatnio czytałem świetną książkę Niech żyje Nam. Historia mistrza. Bardzo dobry scenariusz na film akcji. Rzeczywistość reżimu, nie tylko totalitarnego, ale również rodzinnego. Dyscyplina i posłuszeństwo, które w danej chwili wydawały się bez sensu, w perspektywie doprowadziły głównego bohatera do takich, a nie innych osiągnięć. Dramat doświadczenia tu i teraz okazał się niezwykle owocny, ale trzeba było to sobie uświadomić i zmienić podejście.

Można zostać na poziomie ubolewania nad przeszłością, nad tym jak bardzo zostaliśmy skrzywdzeni, czy też chorobliwie gromadzić zapasy na wypadek gdyby ZUS szlag trafił… Jak zawsze, wszystkie decyzje pozostają w orbicie wolności osobistej. Pozostaje pytanie: czy warto tracić chwilę obecną?

Jak dla mnie – liczy się tylko tu i teraz, wszystko inne nie ma znaczenia.