Myślałem, że na recenzji skończę. Nic podobnego. Tak to już jest: sosna gruszki nie urodzi, a skoro oryginalny produkt nie grzeszył jakością, jego promocja może wypaść tylko gorzej. Cała sytuacja coraz bardziej mnie śmieszy i utwierdza w przekonaniu o słuszności uwag zawartych w moich refleksjach po lekturze książki „Slow life według Ojca Leona”.

Oczywiście, dobrzy ludzie już donieśli o tym ojcu Leonowi, że pojawiła się krytyczna opinia o wywiadzie i o samym pomyśle projektu. W sumie słusznie, bo teraz wszystko jest jasne. Spotkałem się z sugestią, że może lepiej byłoby napisać mail, a nie rozwodzić się o tym publicznie. Serio? E-maile mają tę tendencję, że są szybko usuwane i żadne wnioski raczej nie zostają wyciągnięte. Umieszczenie pewnych wniosków i obiekcji na dany temat w przestrzeni Internetu jest przynajmniej trwałe i może spowodować „dobry niepokój”, a może wywoła też dyskusję; może będzie jakiś pozytywny ruch.

CeZik w Tyńcu

Już to widzę. Zelek, przesadzasz, czepiasz się i w ogóle piszesz głupoty… bo teraz będzie o kolejnym, żenującym pomyśle twórców projektu #SlowLife. Mowa o filmie promocyjnym, o wdzięcznym tytule „CeZik u ojca Leona”. Ciekawe, bo w trakcie oglądania nie widzimy na żadnym ujęciu ojca Leona… A więc jak powinno być?

Istnieje pewna prawidłowość: pewne pomysły, schematy, po prostu nie pasują do dzisiejszych czasów, ponieważ albo nie mają żadnego zaczepienia w rzeczywistości, albo zwyczajnie są już tak wyświechtane, że zakrawają na KICZ. Powiem tak: w przypadku wykorzystywania wizerunku Opactwa tynieckiego potrzeba czegoś nowego, świeżego spojrzenia i stworzenia czegoś ambitnego, tak jak to zostało zrobione w przypadku kampanii promocyjnej Małopolski #MłodośćToStanDucha czy też w projekcie Konrada Kruczkowskiego #HaloCzłowiek. Czyli da się? Można się postarać, żeby to poskładać w jedną całość, która będzie do „łyknięcia” przez użytkownika.

No ale cóż, Wydawnictwo Znak postanowiło stworzyć coś ciężkostrawnego, co u normalnego człowieka wywołuje nudności. Bo nic innego nie czujemy po zobaczeniu tej mrocznej produkcji rodem z filmu „Imię Róży”. Sami zerknijcie:

Po seansie nasuwa mi się kilka uwag:

  • Serio? Bazowanie na stereotypie mnicha w kapturze, który ponurą miną wita gościa, mija się z rzeczywistością.
  • Głos mnicha jest podłożony lub mocno zniekształcony. Akurat Wydawnictwo Znak ma takiego pecha, że znam osobiście występującego zakonnika :) A więc w skrócie można taki zabieg określić jako sztuczny, wręcz śmieszny, przy okazji wprowadzający w błąd oglądającego.
  • Dalsza część to istny kabaret. Tak, goście przybywający do opactwa wchodzą do komórki i zdają na tacy wszystkie swoje rzeczy, dobrze że Cezik nie zdjął spodni. :) A wszystko to w obecności milczącego mnicha. To tak na poważnie?

Przeczytałem w jednym z komentarzy, że nie – że to jest wszystko z „przymrużeniem oka”. No tak, bardzo konkretne stwierdzenie. Będę uparcie twierdził, że można taką produkcję zrobić ze smakiem, gdzie powaga i tajemnica będą w równowadze z „przymrużeniem oka”. Niestety w tego typu produkcjach z udziałem klasztoru granica między rzeczywistością a kiczem jest bardzo cienka. Czy na każdym zdjęciu i filmie mnich musi być koniecznie w kapturze i z „grobową miną”, jako witający gości opactwa?

Na końcu filmu jest jeszcze lepiej. Istny kabaret, zdziwiona mina głównego bohatera z narzędziem do biczowania się. Naprawdę dobre… wymiękłem. Kicz wieje od samego początku, a końcowa scena to jakby wisienka na torcie. Ale muszę tutaj podziękować Wydanictwu Znak za dobrą zabawę, od dawna tak bardzo się nie ubawiłem.

Z drugiej strony jest ciężko przejść do porządku dziennego, że podobne stereotypy ciągle są pielęgnowane. I dziwmy się, że grupy wycieczkowe w Tyńcu nieraz pytają: a czy mnisi śpią w trumnach? A tego typu produkcjami utwierdzamy takich „myślicieli” w ich jakże zdroworozsądkowych przekonaniach. A więc nadal róbmy wszystko z „przymrużeniem oka”…

Niesmak

Muszę to przyznać, moje wyobrażenie o potencjale drzemiącym w projekcie książki „Slow life według Ojca Leona” rozwiało się w momencie premiery. Szkoda, bo – jeszcze raz to powtórzę – można to było ubrać w naprawdę fajny strój, gdzie nie byłoby mowy o jakimś kiczu i pustej wesołkowatości. W odpowiedzi Wydawnictwo Znak napisało: „Podczas przygotowania tego materiału przyświecało nam zdanie Ojca: Bądźmy poważni, zacznijmy się śmiać”. No i organizatorzy nie zauważyli, że między tymi dwoma częściami zdania powinna być równowaga. Cóż, wybrali drogę kiczu i ciężkostrawnej produkcji; można i tak, ale nie oczekujcie „klepania po plecach”.

Dlaczego?

Czekam na kolejne „super” filmy. Ufam, że zapewnią mi podobnie dobrą zabawę jak ten z CeZikiem. Nurtuje mnie tylko jedno pytanie, dlaczego Wydawnictwo Znak przesłało do mnie egzemplarz recenzencki? Czy sądzili, że skoro współpracuję z ojcem Leonem, to już z automatu będę wychwalał ich niby-projekt jako odkrycie roku i hit sezonu? No cóż, pomylili się :) Jeżeli ktoś kopiuje motywy już wcześniej użyte i tworzy coś w oparciu o strukturę innej publikacji, to jakim cudem może oczekiwać oklasków?