Początkowo myślałem o takim tytule: Studium tyranii. Stwierdziłem jednak, że brzmi to trochę górnolotnie i mógłbym rozbić się o ziemię, a po co… Jak dobrze wiesz ostatnimi czasy siedzę w twórczości Siostry Małgorzaty Borkowskiej. Po lekturze monografii Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII–XVIII wieku sięgnąłem po wznowienie powieści Szantopierz i archanioł, która stała się inspiracją do pewnych refleksji wokół sprawy zaznaczonej w tytule wpisu.

Tak, mogę powiedzieć, że otarłem się o zjawisko sekty (wyjaśnienie: refleksje dotyczą grupy w Tyńcu, do której należałem). Niezwykle ciekawe doświadczenie z perspektywy czasu. Może trochę przesadziłem z samym określeniem sekta, jednak patrząc teraz na tę historię i grupę, w której dane mi było być, widzę wszystkie te cechy, które akurat pasują do tego pojęcia, dlatego też pokusiłem się użyć takiego, a nie innego sformułowania. Lider, charyzmatyk, pociągająca filozofia; grupa ludzi zasłuchanych, wszystko pod płaszczykiem katolickiej poprawności, ale bez przesady…

Co ciekawe, pojawiła się też kwestia widzenia kolorów. Krótka dygresja: nikt chyba nie zaprzeczy, że z punktu widzenia fizyki, każdy przedmiot, tym bardziej człowiek, generuje energię. Tej energii odpowiada właściwy kolor (wspomnieć choćby tutaj zjawisko rozszczepienia światła). I zostawiam to jako fakt czysto fizyczny i nic więcej. Otóż przytoczona tutaj wspólnota przyjęła istnienie kolorów (tzw. aury) jako wyznacznik do oceny wiary osób, które potencjalnie chciałyby należeć do tych wybranych. Oczywiście, nie inaczej, tylko garstka osób mogła zobaczyć to światło. Już wyjaśniam o co chodzi z tymi kolorami wiary. Mianowicie im ciemniejsza aura tym gorzej. Ideałem było białe światło. Kolejna dygresja: jestem w stanie uwierzyć, że człowiek jest jedną całością i wszystkie płaszczyzny naszego człowieczeństwa, począwszy od zwykłej fizyczności, poprzez sprawy duchowe, skończywszy na czystej fizyce i chemii, jeżeli są zintegrowane, wtedy wszystko funkcjonuje w jak najlepszym porządku. Jestem w stanie uwierzyć, że faktycznie, w zależności od naszego nastroju, wewnętrznej harmonii, czy też stanu zdrowia, nasza energia jest różna, co odczuwamy jako zwyczajne zmęczenie, dobre samopoczucie czy też przypływ sił witalnych. Czerwona lampka zapala się w chwili, kiedy słyszę, że tylko wybrani mogą oczyścić aurę. Problem powiększa się, jeżeli do tego wszystkiego dosypujemy wartości chrześcijańskie. Wszystko to potrząśnięte i zmieszane, tworzy pewien kolorowy twór, który mogę chyba nazwać zalążkiem sekty.

O co chodzi z tymi kolorami?

Ciekawa sprawa, że właśnie podczas lektury Szantopierza i archanioła pojawił się ten temat. Lider nietoperzy, który widzi kolory i wmawia innym nietoperzom, że też to potrafią lub mają takie możliwości wtajemniczenia. Tworzy się pewien schemat, dobrze nam znany. Informacja wielokrotnie powtórzona, staje się prawdą obowiązującą. Aby lider mógł być faktycznie liderem, musi bezwzględnie wierzyć w głoszone przez siebie nauki. Dzięki temu staje się w pewnym momencie charyzmatykiem (dla uściślenia: obracam się cały czas w katolickiej strefie pojęć). I teraz: albo wybierze drogę posłuszeństwa Magisterium Kościoła, albo pójdzie własną ścieżką… Nie sposób zliczyć takich charyzmatyków, którzy wybrali tą drugą opcję, czego efektem są najczęściej wybitni specjaliści od wyszukiwania diabła we wszystkim, dosłownie we wszystkim. Mimo że potrafię zaakceptować cechy takiego lidera, to nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy, mimo że mają dostęp do informacji i nauki Kościoła, potrafią to odrzucić na rzecz wiedzy takiej osoby, którą obdarzają bezwzględnym zaufaniem. Tutaj pojawia się pytanie, co my jako wierzący rozumiemy pod pojęciem duchowości. Jeżeli rzeczywiście podchodzimy do tych kwestii, z dużym dystansem i opieramy swoje poglądy na dwóch płaszczyznach, którymi są wiara i rozum, wtedy zazwyczaj jest tak, że nie zjeżdżamy na poziom uwielbień i litanii przy kapliczce… Gorzej kiedy zostajemy na poziomie pustych emocji, które pojawiają się i znikają, a które mają taką właściwość, że potrzebujemy ich odpowiednio dużo, w miarę upływu czasu (co z czasem rodzi frustrację, ponieważ nie jesteśmy w stanie sami siebie zaspokoić). W duchowości tak to nie działa… Jeżeli sądzisz, że wiara to pasmo samych uniesień i za każdym razem kiedy uniesiesz ręce dreszcz Ducha Świętego przeniknie twoje ciało, jesteś w grubym błędzie.

bylem_w_sekcie_2

Nie ukrywam, że wizja widzenia kolorów jest naprawdę atrakcyjna. Chwila kiedy otrzymujesz informację, że właśnie teraz osiągnąłeś pułap białego światła jest niezwykle ekscytujący. I zaczynasz w taki sposób postrzegać rzeczywistość. Trwanie, odpowiednio długo w takim stanie, powoduje zwichnięcie świadomości, która przyjmuje taką rzeczywistość jako coś normalnego, wtedy Bóg jest z nami, a nie z nimi… Wtedy dochodzi do takich sytuacji, że lider stwierdza wyraźnie, że taka i taka osoba podczas Eucharystii nie może przyjąć Ciała Jezusa, ponieważ nie ma światła.

Dlaczego takie grupy są tak bardzo atrakcyjne? Ponieważ jesteśmy wygodni i leniwi. Lubimy iść na skróty, a w chwili, kiedy ktoś nam podaje gotowe rozwiązanie, jesteśmy głusi na wszystko inne, tym bardziej na rozumne rozeznanie sprawy. Jesteśmy gotowi wierzyć we wszystko, nawet w chwili kiedy Kościół wydał oficjalny zakaz dla takiego lidera. Potrafimy praktycznie ze 100% pewnością określić, co jest diabelskie, a co już takie nie jest (oczywiście według wytycznych lidera); a jednocześnie zaniedbywać lekturę Słowa Bożego, które czytamy raz w roku, podczas kolacji wigilijnej. Chodzimy na pielgrzymki, ścieramy kolejne paciorki różańca; ale przebaczyć osobie, z którą mamy konflikt, już nie bardzo nam po drodze. Wszystkie takie rozjazdy duchowe w stylu w kościele ktoś inny, w codzienności ktoś inny, prowadzą w prostej linii do tworzenia grup wzajemnej adoracji. I taka deformacja może się zdarzyć zarówno w róży różańcowej, jak i w kółku biblijnym przy parafii. Zawsze w takim podejściu, gdzie brakuje jednego z elementów składowych, aby wiara była zdrowa i rozumna, dochodzi do kultu jednostki czy też tworzenia własnego systemu teologicznego, co oczywiście prowadzi do różnego rodzaju herezji. Reasumując: potrzeba jedności tego, co głosimy, z tym, jak żyjemy. Jeżeli jesteś chrześcijaninem, katolikiem, to bądź nim w pełnym tego słowa znaczeniu. Ciągle wraca napomnienie Siostry Borkowskiej: nie coś, ale Ktoś!Jeżeli jednak wolisz drogę na skróty, to bliżej ci do wspólnoty kolorów niż do bycia człowiekiem wiary.

Nie powiem, że lektura powieści Szantopierz i archanioł, należała do łatwych, jednak uświadomiła mi w sposób tak bardzo plastyczny (jak to Siostra potrafi przedstawić w swoich publikacjach) pewne schematy, które okazało się doświadczyłem na własnej skórze. Wpisuje się to również w aktualną dyskusję wokół wszelkich grup Odnowy w Duchu Świętym, publicznych manifestacji wiary na stadionach, czy też cieszących się niezwykłą popularnością charyzmatyków, którzy porywają tłumy. W skrócie: problemu przerostu formy nad treścią; jednostronnego podejścia do wiary, którą jeżeli sprowadzić tylko do emocji, staje się duchową karykaturą…, co ładnie obrazują słowa Założycielki (tej która wybrała drogę na skróty, a która miała wiedzę, tę jedyną, zupełnie wlaną) z powyższej powieści: Kościół nas nie uznaje i nigdy nie uzna, bo został opanowany przez szatana. A Bóg jest z nami.