Tytuł nowej publikacji „Nikt nie jest byle jaki” muszę przyznać jest fajny i pozytywny w odbiorze… Bazuje na tym, co istotne. Człowiek jako stworzenie wyjątkowe i zaplanowane bardzo dokładnie, struktura nie do końca pojęta. Tym bardziej wybrany tytuł idealnie pasuje i zachęca, aby sięgnąć do naszych korzeni. Jednak to, co piękne, człowiek potrafi zepsuć.

Przechodząc na płaszczyznę wolności osobistej i zewnętrznych przejawów naszych wyborów, hasło #NiktNieJestByleJaki nie jest tak oczywiste. Wybór rozpoczyna łańcuch reakcji. Nie oszukujmy się, ale podziały istniały i istnieć będą. Przypominam sobie, kiedy czytałem Zbrodnię i karę trafiłem w pewnym momencie na fragment, gdzie Raskolnikow stwierdza wyraźnie: ludzie dzielą się na zwykłych i niezwykłych. Mając w głowie to, co mi przekazano o wyjątkowej godności człowieka, nie potrafiłem się zgodzić z głównym bohaterem na takie kategoryczne szufladkowanie. Do dzisiaj…

Podobnie jak to jest w przypadku mylenia sobie wiary z folklorem religijnym, i tutaj rzeczywistość okazuje się wielopoziomowa. Możemy zostać na jednym szczeblu i uparcie twierdzić, powołując się na godność człowieka, że jest tak, a nie inaczej. Efekt jest prosty do przewidzenia: stoimy ze zdziwioną i oburzoną miną, patrzymy na społeczne „ruchy tektoniczne”, obserwując jak bardzo bruzda, pomiędzy jednym krańcem a drugim, pogłębia się.

Skupię się tylko na aspekcie związanym z wolnością i wyborami, ponieważ na tym podwórku dochodzi do załamania się wszelkich ideałów w odniesieniu do pojęcia godności człowieka. Przedstawiając tytuł książki „Nikt nie jest byle jaki” śmiałem się, że parę wyjątków by się znalazło… i nie był to żart. Chodzi mi w tym wszystkim o wyrobienie sobie szacunku wobec samego siebie. Może jest to pokrętne stwierdzenie, ale można to streścić w sloganie: trzeba zacząć od samego siebie. Mówi się i pisze, że wolność jest darem, ja dodam, że i przekleństwem również (przynajmniej na początku). Kiedy wybieramy dobrze (albo lepiej, kiedy wybór jest uwarunkowany strachem przed opinią innych) zawsze mamy znajomych i rodzinę wokół; gorzej gdy przejdziemy na tą niewłaściwą stronę, wtedy sytuacja diametralnie się zmienia… bo co ludzie powiedzą. Wielokrotnie już wspominałem, że tłum ma swoje zdanie i zwyczaje. Tłum również chciałby podporządkować Twoją wolność ich zachciankom. Powie ktoś: w grupie siła, trzeba mieć jakiś kręgosłup… Wszystko jest piękne i ładne do momentu kiedy jesteś w tłumie, a co w sytuacji kiedy tłum Ciebie odrzuci? A przyjdzie mu to łatwo, ponieważ jesteś tylko numerkiem w statystyce. Co się stanie z Twoimi ideałami, moralnością i kręgosłupem? Czy nie jest tak, że będąc w tłumie wyrabiasz sobie wygodną postawę, błogiego trwania w zwyczajach już określonych, bez podjęcia pracy nad refleksją i weryfikacją tego, co istotne? Przebywając w tłumie wyznajemy zasady, które tam panują, bo co ludzie powiedzą. Nie prowadzi to w żaden sposób do ukształtowania w sobie kręgosłupa. Nie licz na to, że w tłumie zasad ukształtujesz swoją własną osobowość. Chodzi w tym wszystkim o osobiste przekonanie i szczerość wyznawanych zasad.

W refleksji dochodzimy do punktu, kiedy musimy wybrać. Przekleństwo drugiej strony wiąże się z samotnością. Sam fakt wyjścia z tłumu czyni z Ciebie samotną wyspę. Powstaje pytanie: czy tłum jest byle jaki? Nie znam odpowiedzi. Wiem jedno: szczęście to stan, kiedy jesteś w zgodzie z samym sobą. Czy tłum może to zapewnić? Nie, z bardzo prostego powodu: tłum kieruje się ogólnymi zasadami, które pasują do przeciętnego człowieka i nie mówię tutaj, że tłum jest z natury zły, jednak nie daje poczucia pełni szczęścia. Potrzeba tutaj własnej refleksji i weryfikacji zasad. Podążanie  ślepo za wszystkimi bo tak wypada sprowadza nas do poziomu robotów z wgranym algorytmem co i jak. Napisałem, że wybór jest w jakimś stopniu przekleństwem. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że znowu paradoksalnie, dochodzi tutaj do przeobrażenia przekleństwa w błogosławieństwo. Wyjście z tłumu, które początkowo wydawało się dramatem i uwierało, teraz jest ożywczym powiewem wolności i jedności samego siebie. Dopiero teraz, z dystansu, można wypracować sobie osobiste przekonanie, że tak, wiara i poglądy są tym, co mnie stanowi, a nie wytworem na bazie opinii innych i co wypada…

Już miałem okazję o tym wspomnieć, przy okazji wpisu na temat cudu Filokalii, jestem pod wielkim wrażeniem koncepcji Sołowjowa, który pisał o jedności natury boskiej i ludzkiej. Boskość, coś, co jest nam dane z góry, wpisane prawo naturalne rozbudowane o logiczne zasady przykazań w połączeniu z aspektem ludzkim (czyli osobista adaptacja i weryfikacja otaczającej rzeczywistości, zarówno pod względem teoretycznym, jak i duchowym) tworzą pełnię człowieczeństwa. Tłum kieruje się tylko jedną stroną… Stąd wniosek, że dopiero te dwie rzeczywistości, we wzajemnym szacunku, mogą przemienić świat wokół nas. Dopiero takie zjednoczenie może dać odpowiedni grunt pod dialog między nami i w nas. Nie dochodzi wtedy do dramatycznego rozdźwięku między tym, w co wierzymy, a co czynimy – panuje ład i porządek.

Wszystko jest nam dane. W dobie nieograniczonego dostępu do wiedzy, zadowalamy się żenującą rozrywką i ulotnymi wakacyjnymi marzeniami. Podziwiam osoby, które już rok wcześniej planują i w uniesieniu ekstatycznym opowiadają, że oni to w sierpniu zaszaleją nad morzem. Nie mam nic do planowania i wakacji, ale dziwi mnie tendencja do robienia z tych marzeń fundamentów egzystencji, tak jakby życie toczyło się od urlopu do urlopu. Jakieś przedziwne spłycenie życia i sprowadzenie wszystkiego do pewnej utopii szczęśliwego życia. W tym całym szaleństwie i biegu, pomiędzy palcami przepływają nam chwile, kiedy mieliśmy okazję zrobić coś ponad to, co nam zlecił szef. Mignęły nam szanse, żeby stworzyć sobie taki przyczółek, gdzie będę rozwijał swoje własne projekty, pomysły; taki azyl, gdzie dbam o samego siebie. Wolimy styl najemnika, gdzie nam powiedzą, podprowadzą za rączkę, a najlepiej zrobią za nas.

nikt_nie_jest_byle_jaki

W tej wolności i wyborach może się wykształcić postawa bylejakości. Zaznaczam postawa, a nie człowiek. Jesteśmy cały czas na gruncie zewnętrznych przejawów życia. Bylejakość irytuje, ponieważ widzisz osobę, która rezygnuje ze swoich zdolności i talentów na rzecz fotela i ciepłych bamboszy. Zobaczmy to na przykładzie domu. Uparcie siedzimy w piwnicy, choć mamy wolną drogę, że wyjść nieco wyżej, choćby na piętro. Bylejakość stawia na wygodnictwo. Dopiero otwarcie kolejnych drzwi pozwala na zobaczenie więcej niż tylko ciemność piwnicy. Standardową odpowiedzą na tego typu refleksje jest fakt nieustannego zmęczenia i braku czasu. Ileż razy to słyszałem… W chwili kiedy przyjrzymy się bliżej pojedynczym przypadkom, dochodzę do wniosków, że jakoś przedziwnie na plotki i obgadywanie mamy zawsze czas, to nas nie męczy… na zbędne pogaduszki polityczno-filozoficzne również znajdziemy chwilę itd. Skończmy z głupimi i żenującymi usprawiedliwieniami samych siebie. Jeżeli jesteś wyjątkowy, to pokaż wszystkim, że można. Dopiero takie spojrzenie może spowodować dobry ruch w społeczeństwie. Ale cały czas jesteśmy w obrębie własnej wolności, i albo będziemy jak te stare, zaniedbane i zgorzkniałe dziady lub zadowoleni z siebie ludzie, którzy często, zupełnie nieświadomie, zarażają swoją pozytywną postawą innych. Bylejakość jako to, co mnie określa? Nie, dziękuję… No chyba, że tak bardzo chcesz, droga wolna…