Powtarzam się, ale wiem jedno: dobre projekty inspirują kolejnych ludzi i zataczają szerokie kręgi. Dzisiaj będzie o czymś ciekawym, czego podjął się mój znajomy, Marek Grela, świetny karykaturzysta. Skąd znajomość? Zaczęło się od ojca Leona. Kiedyś w naszej księgarni stacjonarnej znalazłem obrazek z karykaturą ojca, spodobała mi się, zadzwoniłem do autora, i tak poszło… Jakiś czas potem nieśmiało zapytałem Marka o wykonanie jeszcze jednej karykatury ojca Leona; zgodził się. I tak minęło kolejnych parę lat, a w tym roku na Targach Książki w Krakowie mieliśmy okazję wreszcie spotkać się osobiście (do tej pory był kontakt facebookowy). Podczas rozmowy Marek Grela opowiedział mi o swoim najnowszym projekcie kalendarza charytatywnego RANCZO, w którym znajdziecie na każdy miesiąc karykatury z tego znanego serialu telewizyjnego.

Szczytny cel

W tym pomyśle podobają się mi się dwa jego aspekty. Po pierwsze strona wizualna jest wykonana po mistrzowsku, ale tak już ma Marek Grela, robi świetne rzeczy, choćby wspomnieć tutaj projekt SMILESIA. Druga strona to pomoc Hospicjum Cordis, co jest pięknym dopełnieniem całości. Mówiąc krótko, wszystko ma ręce i nogi. Z tej racji poczułem potrzebę podpytania Marka o pewne sprawy, czyli jak wygląda proces tworzenia tak dużej karykatury (oryginał pt. „Bitwa pod Wilkowyjami” ma rozmiar 90×200 cm), czy też skąd pomysł na inspirację serialem „Ranczo”.

Jacek Zelek: Zapewne słyszałeś już wielokrotnie podobne pytanie: skąd zainteresowanie tak specyficzną dziedziną sztuki jak karykatura?

Marek Grela: Cała przygoda z karykaturą zaczęła się dosyć dawno, bo około 20 lat temu. A zaczęło się od wycinania karykatur publikowanych w prasie. Najpierw robił to mój starszy brat. Pozazdrościłem mu tego „hobby” i przejąłem inicjatywę. Potem zacząłem przerysowywać te podobizny, po czasie tworzyć własne… i tak to trwa do dziś. Karykatura łączy w sobie kilka obszarów, które mnie interesują – rysunek, satyrę i popkulturę.

Wydaje mi się, że w przypadku rysowania karykatur, artysta narażony jest na balansowanie pomiędzy tym, co wolno, a tym, czego już nie wypada. Jak to jest w Twoim przypadku, jak wyczuwasz tę „cienką czerwoną linię”?

Myślę, że ta granica zależy od „obiektu”, jaki bierzemy na warsztat. Im osoba odważniej kreuje swój medialny wizerunek, pozwala sobie na różne skandale, tym odważniejsza jest karykatura. Wiadomo, że osoby publiczne zwykle są bardziej wyraziste. Często spotykam się z sytuacjami, kiedy np. znajomi mówią: „ale zrób mi mały nos”, albo odwrotnie: „ale żeby karykatura była śmieszna!”. Często więc ten „dobry smak” zależy od tego kogo i dla kogo rysuję. Choć w gruncie rzeczy karykaturzysta nie powinien ulegać sugestiom i rysować jak czuje, aby nie stracić swojej artystycznej niezależności. W teorii dobra karykatura powinna zawierać sporą „deformację” z zachowaniem podobieństwa. Ale jak wiadomo – „przegięcie” w każdą ze stron (bo portret z „małymi nóżkami” to nie karykatura…) nie jest dobre i należy znaleźć i zachować „złoty środek”.

Masz jakieś swoje preferencje co do doboru postaci, które bierzesz na warsztat? Wolisz polityków, aktorów czy też innych bohaterów ze świata mediów?

Zawsze najciekawiej rysuje się postaci, do których posiada się jakiś stosunek emocjonalny – kogoś uwielbiamy, ktoś nas drażni, ktoś bawi. Ja najchętniej rysuję osoby, które bardzo lubię, cenię za twórczość, dlatego Justyna Steczkowska doczekała się chyba największej ilości karykatur mojego autorstwa. Wiele z nich to były moje pierwsze kroki w tej dziedzinie, dlatego dzięki Bogu świat ich nie ujrzał (śmiech).  W przypadku mojego wcześniejszego projektu „SMILEsia” kryterium wyboru postaci było bardzo konkretne – ludzie pochodzący ze Śląska. Nierzadko zdarza się tak, że wpadnie do głowy jakiś ciekawy pomysł na czyjąś karykaturę i żal tego nie zrealizować. Nie zawsze jednak wybór postaci zależy ode mnie – rysując na konkretne wydarzenia (np. rozdanie nagród), z góry jest narzucone, czyje wizerunki powinny powstać.

Możesz powiedzieć, ile już wykonałeś karykatur i jakie znane postaci udało Ci się uchwycić w krzywym zwierciadle?

Należałoby już liczyć w setkach…

kalendarz_ranczo_3

Skąd pomysł stworzenia kalendarza RANCZO z przedstawieniem „Bitwy pod Wilkowyjami”? Dlaczego akurat taki serial?

I tutaj wracamy do jednego z wcześniejszych pytań o kryterium wyboru. Jestem wielkim fanem serialu i chciałem stworzyć obraz, który zawierałby wszystkie najważniejsze postaci z „RANCZA” w serialowej scenerii, czyli tzw. „Bitwę pod Wilkowyjami”. Pracy był ogrom, ponieważ obraz ma wymiary 90×200 cm, a więc niezły kawał płótna, ale właśnie ten pozytywny stosunek emocjonalny powodował, że malowanie było przyjemnością. Chęć stworzenia „Bitwy…” połączyła się w mojej głowie z projektem charytatywnym i tak powstał pomysł realizacji kalendarza, którego zakup wsparłby Hospicjum Cordis z Katowic. Serial „Ranczo” ma miliony fanów w Polsce – chcieliśmy również im zaproponować świetną pamiątkę na cały 2017 rok, zwłaszcza, że wydanie kalendarza zbiegło się z emisją 10. sezonu produkcji.

Cały projekt ma szczególny cel – pomoc dla Hospicjum Cordis.

To miejsce jest wyjątkowe. Podopieczni hospicjum nie oczekują od nas litości i załamywania rąk nad ich głowami. Oni oczekują normalnego życia – jak w domu. Opieka hospicyjna to nie tylko kroplówki i pomoc w codziennej toalecie, ale również spełnianie marzeń i wzbudzanie uśmiechu na co dzień. To obecność w chwilach trudnych i radosnych. I to jest sedno Hospicjum Cordis. Dom, w którym się żyje pełnią życia. Gdzie pachnie kawa i domowa szarlotka. Gdzie nie unikniemy łez i chwil trudnych, ale też spotkamy zabawę i radość. To tutaj do podopiecznych przyjeżdżają artyści, by specjalnie dla nich zagrać koncert. To tutaj są pięknie ozdobione korytarze, by żyło się przyjemniej. Każdy, kto chociaż raz miał okazję przekroczyć bramę Cordis przekonał się, że to miejsce odczarowuje ogólnie panującą w świadomości ludzi „szpitalną” definicję hospicjum. Ale żeby to wszystko utrzymać i zagwarantować opiekę na najwyższym poziomie, ciągle potrzebne są pieniądze – na rachunki za prąd i ogrzewanie, na leki, środki higieniczne, koncentratory tlenu, łóżka przeciwodleżynowe… można wymieniać bardzo długo. Tak jak w gospodarstwie domowym musimy regularnie dokonywać opłat, robić zakupy, codziennie dbać o dom, rodzinę, o siebie, tak samo w Hospicjum, tylko że ten dom ma 6000m2 i wyjątkowo liczną, potrzebującą szczególnej opieki rodzinę.

Niezwykle ciekawi mnie sam proces tworzenia tak wielkiego dzieła. Od czego zaczynasz? Jak wygląda sam proces koncepcyjny, a potem przenoszenie to na płótno? Możesz czytelnikom wyjaśnić, jak to wygląda krok po kroku?

Tworzenie „Bitwy pod Wilkowyjami” było wieloetapowe. Najpierw trzeba było na małych formatach ustalić rozplanowanie postaci i obiektów (37 postaci + 7 budynków). Bez tego niemożliwe byłoby zapanowanie nad taką ilością osób i jednym psem (śmiech). Bardzo dużo czasu pochłonęło gromadzenie zdjęć – stopklatek (a były ich setki) z odcinków serialu, aby jak najwierniej odtworzyć charakter postaci również przez ubiór (np. apaszka doktorowej ma taki sam wzór, jaki był w serialu).  Następnie szkic, tutaj akurat bardzo szczegółowy. Myślę, że do tego stopnia, że można by ten szkic wydrukować jako kolorowankę (śmiech). Poświęciłem temu etapowi najwięcej czasu, bo od dobrego szkicu zależy efekt końcowy. Mając świadomość tego, że jest to jednorazowy pomysł i nie będzie „remake’ów”, musiałem zadbać, aby każda postać „wyszła” dobrze. Niestety zwykle jest tak, że jeśli coś się nie uda, choćby 1 osoba na 37, to ona zwróci największą uwagę. I to również była presja powodująca, że szkic „rzeźbiłem” bardzo długo. Na szczęście finalnie jestem zadowolony z każdego wizerunku na obrazie. Po skończonym szkicu przyszedł czas na kolor – czyli malowanie techniką olejną.

Jak długo rysowałeś „Bitwę pod Wilkowyjami”?

Pierwsza kreska została postawiona w styczniu 2016, a cały szkic został ukończony w lipcu. Oczywiście z dłuższymi przerwami – na inne projekty, na odpoczynek. Malowanie natomiast trwało miesiąc czasu – od połowy lipca do połowy sierpnia. Ale w tym wypadku była to bardzo intensywna, prawie codzienna, wielogodzinna praca. W październiku jeszcze zostały dokonane ostateczne poprawki.

Ile osób było zaangażowanych w projekt kalendarza RANCZO i gdzie go można kupić?

Kalendarz to mój autorski projekt i miałem to szczęście, że mogłem sobie dobrać ludzi, z którymi pracowałem. Lemon Ducky, która projektuje znakomite plakaty i kartki, stworzyła projekt graficzny do moich ilustracji. Pracownia Światła przygotowała fotoreprodukcje obrazu do projektu, z kolei studio DreamImage zadbało o rejestrację video, dzięki czemu można obejrzeć m.in. jak powstawał obraz. I najważniejsze – wydawca. Mój wybór padł na Wydawnictwo Edycja Świętego Pawła i ku mojej wielkie radości zgodziło się na udział w projekcie. Tworzą świetne kalendarze, o czym wiedziałem już wcześniej, ale jak się później okazało – to również wspaniali ludzie, którzy maksymalnie zaangażowali się w sprawę.

Patrząc na efekt końcowy w postaci kalendarza wyraźnie widać, że wszyscy, którzy wyciągnęli do mnie rękę, znają się na swojej pracy i wszyscy, łącznie ze mną, wykonaliśmy ją zupełnie charytatywnie.

Oczywiście powstanie kalendarza nie byłoby możliwe bez udziału i wsparcia Telewizji Polskiej oraz producenta wykonawczego serialu „Ranczo” – Studia A, którym bardzo dziękujemy za pomoc!

Nie można również nie dodać, że bardzo mocno w całą akcję zaangażowane jest Hospicjum Cordis – to ludzie pozytywnej walki, oni nie czekają, aż „samo przyjdzie”, dlatego zawsze mogłem i nadal mogę liczyć na ich pełną gotowość do działania.

Kalendarz można kupić w wielu miejscach – w salonikach i kioskach sieci „Ruch”, w bardzo wielu księgarniach w całej Polsce (lista dostępna na stronie www.kalendarzranczo.pl) i przede wszystkim online na stronie www.edycja.pl

kalendarz_ranczo_4

Interesują mnie również reakcje samych aktorów występujących w serialu. Jak zareagowali na wiadomość, że poddasz ich lekkiej „przeróbce”?

Reakcje są bardzo pozytywne, zwłaszcza ze względu na fakt, jak szczytnemu celowi kalendarz jest poświęcony. Dochodzą do mnie informacje, że aktorzy kupują po 10-20 sztuk, obdarowują kalendarzami innych. Z wieloma aktorami miałem przyjemność spotkać się osobiście. Bardzo mnie to cieszy, że mogłem sprawić im tak dużą przyjemność.  Na facebook’owym profilu „Marek Grela Karykatury” regularnie zamieszczamy zdjęcia i filmy z aktorami, którzy bardzo chętnie włączają się w naszą akcję.

…a reakcje klientów?

Chyba trudno stwierdzić, kto bardziej się cieszy – czy portretowani, czy fani (śmiech). Do tej pory odbyły się 2 spotkania promocyjne, w których wzięli udział również aktorzy – w Krakowie i Katowicach. Odwiedziły nas tłumy osób i odebraliśmy mnóstwo sympatii z ich strony. Również na Facebook’u lub e-mailowo dostaję bardzo dużo pozytywnych sygnałów, za co bardzo dziękuję, bo to szczególnie mocno motywuje do działania.

Co dalej? Jakieś plany, kolejne projekty?

Ale to jeszcze nie koniec (śmiech)! Kalendarz powstał, ale akcja właśnie teraz nabiera rozpędu, kiedy rok chyli się ku końcowi i zaczyna się myśleć o kalendarzach na 2017. Potem chciałbym odpocząć, aczkolwiek znając siebie, nie potrwa to długo i zacznie się rodzić kolejny pomysł. Jednocześnie studiuję na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu i zajmuję się także zupełnie innymi technikami niż do tej pory. Odkrywam nowe możliwości i mam nadzieję, że uda mi się widzów jeszcze nie raz zaskoczyć.

Jestem niezwykle wdzięczny Markowi za poświęcony czas i za cały projekt RANCZO. Patrząc na poszczególne strony kalendarza, mogę szczerze powiedzieć, że pomysł jest zrealizowany z sercem. I to jest wspaniałe: grono osób, które wspólnie pracują i tworzą coś pięknego. Przy okazji jest to połączone z pomocą Hospicjum Cordis, czego nie da się przeliczyć na złotówki. Wdzięczność osób, które mogą powiedzieć tylko „dziękuję”, wystarczy i stanowi wartość samą w sobie, dlatego warto o tym pisać, mówić i dzielić się…

kalendarz_ranczo_2