Liturgia ma dwa cele: wielbić Boga z całą należną Mu miłością i czcią oraz karmić, wychowywać, kształtować i doskonalić wiernych. Bóg nie zmienia się na gorsze ani nie zostaje poruszony przez nasze złe liturgie; to my, chrześcijanie, deformujemy się przez novus ordo Missae, jakie sprawowane jest w większości naszych kościołów. Bóg też nie cierpi, gdy powstrzymujemy się od uczestnictwa w powierzchownej ceremonii, która graniczy z kpiną z Jego Syna i zadaje gwałt kultowi katolickiemu, jaki był sprawowany zawsze. To prawda, że niekiedy konieczne jest uczestnictwo w nawet najbardziej niegodnie sprawowanej liturgii, aby wypełnić obowiązek względem Pana, i wtedy należy robić to z wyraźną intencją cierpienia za własne grzechy. Prawdą jest również, że możemy i musimy szukać pocieszenia w cudownej obecności Pana Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, która tak dalece przekracza wszystko, na co zasługujemy, niezależnie od tego, jak pięknie śpiewamy pieśń Syjonu. Jednak prawdziwa substancja liturgicznego cultus to coś o wiele więcej niż te nieliczne momenty adoracji pośród oceanu banałów i rozproszeń; liturgia, zarówno w całości, jak w swoich częściach, nie powinna być sama z siebie umartwieniem, przyczyną bólu, lecz pociechą, źródłem pokoju i radości służących pokrzepieniu wewnętrznego człowieka. Celem liturgii jest formowanie naszych dusz za pośrednictwem piękna świętości; jeśli więc ludzkie elementy liturgii, przeciwnie, deformują nasze dusze, nie możemy pozwolić, aby stało się to normą, chyba że, jak już powiedzieliśmy, nie mamy innego wyjścia w danej sytuacji. Właściwie rozumiany „duch liturgii” nie może się zmieniać; dlatego nowa liturgia o tyle, o ile jest liturgią eksperymentalną i nietradycyjną, powinna albo przystosować się z powrotem do tradycji albo zostać całkowicie zniesiona. W pewnym sensie obie wyżej wymienione opcje sprowadzają się do tego samego, ponieważ powrót novus ordo w sposób wystarczający do jego korzeni, równałby się ze zniesieniem jego aktualnej formy, tak samo jak ten, kto chce nauczyć się od nowa jakiegoś przedmiotu od podstaw musi równocześnie oduczyć się złej wersji, z którą zetknął się wcześniej. Gdy sytuacja staje się krytyczna, to nie tradycja, lecz to, co od niej się oddala, musi odejść.

40

Przeczytaj recenzję książki Kryzys i odrodzenie

Uczestnicząc w złej liturgii w domyśle już się ją akceptuje, jakby się mówiło: „Kształtuj mnie, formuj moją duszę i ducha. Uczyń mnie na swoje podobieństwo”. Jednak właśnie na to nie można sobie pozwolić w przypadku eksperymentalnej, posiadającej głównie horyzontalny wymiar i antysakralnej liturgii; jej nawyki nie mogą stać się moimi nawykami. Niestety większość praktykujących katolików, włącznie z biskupami i księżmi, przyzwyczaiła się do tej nędzy i to do tego stopnia, że praktycznie stało niemożliwe, aby uświadomić ludziom ich zubożenie, nie mówiąc już o środkach zaradczych. Jest to jeden z powodów, dla których Kościół (co widzą wszyscy, którzy widzą rzeczy takimi, jakie są) znalazł się w drugiej i bardziej niebezpiecznej „niewoli babilońskiej”, z której nie wyzwoli się, dopóki nie skruszeje pod własnym ciężarem imperium racjonalistycznej liturgiki oraz neomodernistycznej teologii. Niewola Żydów trwała około siedemdziesiąt lat (od ok. 586 r. do 516 r. przed Chr.); papiestwo było w Awinionie podobnie długo (1309–1378). Czy zostaniemy wybawieni od hańby w 2040 r.? Za wcześnie, by odpowiedzieć, a nawet by zgadywać. Pewne jest natomiast, że nie mamy więcej powodów do rozpaczy niż Żydzi lub nasi bracia sześćset lat temu. Ramię Pana nie skróciło się, jakkolwiek niedołężnie mogą wyglądać Jego ziemskie członki. Znaleźliśmy się w okresie oczekiwania, kiedy to pokora i cierpliwość, wytrzymałość i modlitwa są tym, czego musimy się nauczyć, jeśli chcemy pozostać wierni Panu. Triumfalizm nie jest brzydkim słowem, lecz – jak się aktualnie okazuje – archaicznym. Być może przyjdzie czas, nawet za naszego życia, kiedy liturgia naszych ojców odrodzi się na nowo, rozkwitnie i przygarnie niezliczone dusze do swojej matczynej piersi, gdy dzieci Świętej Matki Kościoła będą cieszyły się triumfem równie słodkim, co nieoczekiwanym. Na razie zostaje nam twarda i szara droga niedostatku, prowadząca przez dzicz, i potrzebujemy łaski, o którą musimy prosić, aby wytrwać na tej drodze, dopóki nie doprowadzi ona do celu, który już wyznaczył jej Bóg w swoim miłosierdziu. Nie jesteśmy na niej sami, ponieważ jest to droga krzyżowa wydeptana przez Jezusa Chrystusa i Jego Mękę. Mówiąc krótko, jest to droga Najświętszej Ofiary. W ten więc sposób uczestniczymy w duchu Mszy nawet w najmroczniejszym okresie anarchii i nędzy liturgicznej.

 

kryzys_i_odrodzenie„Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła” – w swojej książce Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła Peter Kwasniewski szkicuje realistyczny portret praktyki liturgicznej, która zadomowiła się w większości parafii i kościołów świata katolickiego po II soborze watykańskim. Autor wykazuje się solidną znajomością tematu i opiera się na potwierdzonych faktach oraz doświadczeniu. Czytelnik od razu zostaje skonfrontowany z problemem zerwania między liturgicznym duchem Ojców, to jest duchem Tradycji, a duchem i praktyką życia liturgicznego Kościoła naszych czasów.

Istotę tego niemal światowego kryzysu liturgii można wyrazić jednym wersem Pisma świętego: opuścili Go i odwrócili twarz od przybytku Pańskiego, a tyłem do niego się obrócili (2 Krn 29,6). Jak należy to rozumieć? Otóż w praktyce liturgicznej doszło do tragicznego przesunięcia akcentów: nasz wcielony Bóg – w Przenajświętszym Sakramencie oraz w znaku krzyża na ołtarzu – został odsunięty na bok, wygnany, jeśli tak można powiedzieć, na margines, a na Jego miejsce weszło zgromadzenie, zbierające się w zamkniętym kręgu wokół kapłana. Te antropocentryczne liturgie po raz kolejny potwierdziły starożytną mądrość: “Pokaż mi jak sprawujesz liturgię, a powiem ci, w co wierzysz”.